Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwent komiksowy 1991. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwent komiksowy 1991. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lipca 2016

Wiązki strzał nie złamiesz (Historia kieleckiego komiksu - fragmenty)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
- artykuł jest fragmentem książki "Trzech panów przy barze nie licząc Yorgiego. Opowieść o kieleckim komiksie"
Rozrysowując taktyczną mapę historii kieleckiego komiksu, ustawiam na niej siedem chorągiewek: Kostrzewski, Hipolit Wyżerka, Sierżant „Cień”, Umański, Ozga, konwent, „Quo vadis”.
W polskim komiksie jak w soczewce odbija się nasza fascynacja groteską. Najważniejszy w XX-wiecznej literaturze nurt – dramat absurdu – odnalazł w nim najwierniejszego sojusznika. Witkacy, Gombrowicz, Różewicz, Mrożek nie tworzą obrazkowych scenariuszy, oni uczą scenarzystów rzemiosła. Komiks w Kielcach jest może nawet bardziej surrealistyczno-groteskowy w tekście i rysunku, niż gdzie indziej, wyróżnia się swoją literackością, mnogością odwołań do kultury filmowej i fascynacją science fiction.

Koniec mdłego pejzażysty
Pięknie byłoby napisać – Wszystko zaczęło się w Kielcach! Choć może? Najpierw Franciszek Kostrzewski, urodzony koło Sandomierza, przez kilka lat był rezydentem gubernatora kieleckiego Tomasza Zielińskiego, uczył Józefa Szermentowskiego, malował pejzaże, chodził na przyjęcia i dość potwornie się nudził. Z wrodzoną złośliwością opisał ten okres w swoich pamiętnikach. Zaraz po wyjeździe z Kielc porzucił malarstwo i zajął się rysunkiem satyrycznym. W 1859 r. w czterech numerach „Tygodnika Ilustrowanego” opublikował pozytywistyczną i moralizatorską opowieść w 32 obrazach zatytułowaną „Historya Jedynaczka”. Nie istniała wtedy jeszcze terminologia, ale prace Kostrzewskiego to pierwszy polski komiks prasowy. Nostalgiczny i dość mdławy pejzażysta, w Kielcach przeobraża się w drapieżnego satyryka.

Terror w domu Hipolita
Od 1936 r. w poniedziałkowym wydaniu „Dzień Dobry Ziemi Kieleckiej” (lokalna mutacja popularnej popołudniówki „Dzień Dobry”) zaczęto drukować króciutkie, pięciokadrowe opowiastki o Profesorze Nimbusie i jego małym piesku. Niemy komiks francuskiego rysownika Andre Daixa (od 1934 r. na łamach „Le Journal”) został spolszczony cokolwiek nielegalnie. Pojęcia praw autorskich i licencji były wydawcom przedwojennej prasy raczej obce. Niedługo potem w „Dzień Dobry...” na niedzielę, mamy już całostronicowy komiks – „Rozkosze i przykrości Pana Wyżerki z rodziną”. Autor kreski na zawsze pozostanie NN. Teksty wymyślał Leopold Marschak, warszawski dziennikarz, znany z dość ciekawych memuarów „Byłem przy tym... wspomnienia 1914-1939”. Hipolit Wyżerko w każdym z odcinków zmagał się – niczym pan Hulot – ze złośliwością przedmiotów martwych – symbolami nowoczesności i luksusu: wirówką, kranem, gazową kuchnią. Nadto kolejne odsłony były katalogiem dość naiwnych, lecz zaskakująco sprytnych sposobów wymknięcia się Hipolita spod władzy żony, teściowej i córki, które skutecznie terroryzowały biednego Hipolita.

Kim jest trzeci człowiek?
W 1961 r. w „Słowie Ludu” wydrukowano pierwszy powojenny kielecki komiks, w zasadzie nawet nie komiks, a reklamę ułożoną w cykl kilkudziesięciu obrazków. Zbigniew Jujka dostał zlecenie przekonania obywateli do ubezpieczeń w PZU. Zrobił to w charakterystyczny dla siebie, dość surrealistyczny sposób, wrzucając w realia PRL-u Amerykanina. Była w tym głęboka logika – ostatecznie, kto lepiej nadawał się na bohatera komiksu? Dziś oryginalne egzemplarze komiksowej reklamy PZU to kolekcjonerski rarytas, podobnie jak pełny zestaw odcinków „Sierżanta Cienia”.
Derenda „Cień” to najdłuższy komiksowy serial w dziejach polskiej prasy powojennej. Między 1966 a 1969 r. w „Słowie Ludu” wydrukowano piętnaście serii o przygodach dzielnego partyzanta, potem funkcjonariusza służb ludowego państwa. Czytelnikom nie przeszkadzał propagandowy wydźwięk historii obrazkowej. Rozmowa z dzisiejszymi pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatkami to cykl wspomnień o weekendowym wydaniu, gdzie najważniejszy był pasek komiksu na ostatniej stronie. Kielecki dziennik działał na podobieństwo amerykańskiej prasy. Autorzy – podobno w obawie przed opinią lokalnego „establishmentu” literacko-dziennikarskiego – ukrywali się pod pseudonimami. Rysunki wszystkich serii wykonał Marian Gostyński (scenograf w Teatrze im. S. Żeromskiego), scenariusz pisał Zbigniew Nosal (przy pierwszej serii pomagał mu Tadeusz Wiącek), od połowy cyklu pojawił się „trzeci człowiek”, który w przeciwieństwie do klasycznej powieści Grahama Greena, nigdy nie został zidentyfikowany.

Czerwony śpiwór kapitana Kidda
W szóstym numerze „Relaxu” z maja 1977 r. podano wyniki konkursu „Rysuj i pisz do Relaxu – rysuj i pisz dla relaksu”. Wśród jurorów znalazł się m.in. Grzegorz Rosiński. Kilkadziesiąt prac o bardzo zróżnicowanym poziomie, a wśród nagrodzonych za rysunek spełniający warunki grafiki komiksowej (obok Andrzeja Wolskiego) znalazł się Marek Umański z Kielc z historyjką „Skarb kapitana Kidda”. Nagrodą był śpiwór. Podobno czerwony.
Umańskiego chwalono za dojrzałość rysunku, wyczucie komiksowej formy. Wraz z nagrodą padła propozycja współpracy z „Relaxem”. „Skarb kapitana Kidda” to czarno-biała opowiastka o piratach, rozrysowana w troszeczkę groteskowej oprawie. To, co niektórzy recenzenci – tej i kolejnej historyjki z dymkiem kielczanina – uważali za nieumiejętność oddania rysu ludzkiej twarzy było raczej skłonnością do deformacji. Plansze Umańskiego przypominają – fabularnie – zapomniany dziś prequel „Wyspy skarbów” czyli „Złoto z Porto Bello” A.D. Howdena Smitha czyli awanturniczą opowieść z kapitanem Flintem i ukrytym przez niego łupem.
Marek Umański opublikował jeszcze tylko jeden utwór. Pięć stron zatytułowanych „Rok 1454” w 22 numerze „Relaxu”. Rysował komiksowe instrukcje bhp, projektował wystawy sklepowe, uczestniczył w pierwszym konwencie, zmarł w połowie lat 90.

Zemsta ma smak popiołu
2 lutego 1991 r. I Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu – Dom Środowisk Twórczych, Kielce. Historia tego wydarzenia była już wielokrotnie prezentowana. Sam starałem się zebrać i uporządkować sprzeczne relacje. Pomysłodawca to Robert Łysak (postać, przygotowania i przebieg konwentu opisałem w „Zeszytach Komiksowych” nr 16). Współorganizatorem był Jerzy Ozga. Plakat i zaproszenia rysował Tomasz Łukaszczyk. Hasło – wiadomo z metaforycznej przypowieści zawartej w „Siedmiu samurajach” i wykorzystanej w tytule artykułu. Zatrzymam się na chwilę i skrótowo nad postacią Jerzego Ozgi. Rozpoznawalny styl, a zarazem odmienny rysunek, dostosowany do opowiadanej historii, jest paradoksalnie polistylistyczny i stylistycznie jednorodny i jak powtarza wciąż rysuje tylko samego siebie.
Po Umańskim nastała próżnia, a natura próżni nie znosi. Debiut Ozgi w numerze 4 z 1989 r. w magazynie „Fantastyka. Komiks” („Księga Miecza”) od razu zwrócił uwagę charakterystycznym sposobem kreacji świata przedstawionego i rozpoznawalnym czarno-białym rysunkiem. Postaci szkicowane są cienką, wielokroć powtarzaną kreską, która sprawia, że bryła, kształt twarzy, struktury budynków powstają z pajęczynek, nabierają głębi, którą inni twórcy osiągają dzięki plamie barwnej. To jedna z charakterystycznych cech jego rysunku.
„Księga miecza” jest historią mityczną, nawiązująca do struktury dawnych podań z kręgu celtycko-normańskiego. Opowieść o samotnym bohaterze, honorze i zemście z bardzo wyraźnym pierwiastkiem religijnym, w odniesieniu do tej realizacji (poprzez fabułę opowiedzianą i rysunek) zawierającą trawestacje „Hamleta”. Dopisek na końcu historii o czterech kadrach inspirowanych pracami Hala Fostera pokazuje kulturową ciągłość. Ten model, który zastosował Ozga w debiutanckim komiksie – za pośrednictwem wspomnianego Fostera – odwołuje się do sposobu obrazowania wypracowanego przez artystów manieryzmu, z Tintorettem – chociażby – na czele.
Czy w realizacji rodem z eposu o bardziej realistycznej czy groteskowej proweniencji Ozga pozostawia swych bohaterów w pustce. Wypełniło się, zemsta została dokonana, ale zwycięzców nie ma. Ten wisielczo-nostalgiczny klimat – powtórzony również w późniejszym „Ernie” – odróżnia go od twórców klasycznej, obrazkowej mitologii.

Sprzysiężenie sześciu

„Quo vadis”, wydany w 2001 r. przez Kolporpress to realizacja wyjątkowa z kilku powodów. Model zaangażowania wielu osób w tworzenie jednego komiksu nie jest w Polsce zbyt popularny. Wydawnictwo wierne pierwowzorowi powieściowemu, wydrukowano równolegle z premierą filmu Jerzego Kawalerowicza.
Wymieńmy wszystkich zaangażowanych w powstanie dwóch zeszytów: rysunek – Jerzy Ozga, obrazy na okładkach inspirowane malarstwem akademickim i powszechnie chwalone – Janusz Ordon, dokumentacja historyczna i artystyczna oparta m.in. na obrazach Szermentowskiego i Stachiewicza – Andrzej Rębosz, adaptacja (niestety nie wykorzystująca chociażby świetnie poprowadzonej sienkiewiczowskiej ekspozycji i uratowana przez genialny rysunek) – Jarosław Miarka, storyboard, kolor – Grzegorz Majcher i Jacek Rzodeczko. Kielecki „Quo vadis” to opowieść przywołująca „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona lub słynną śnieżną scenę pogrzebu Marka Aureliusza z filmu Anthony’ego Manna. Bohaterowie są zmęczeni, zmięci, pobrużdżeni. To nie jest świat młodych ludzi, to Rzym starców

Epilog
Historię mógłbym ciągnąć do sześćdziesiątej czwartej strony magazynu. Ciąg nazwisk: Sylwia Restecka, Janusz Ordon, Jakub Matys, Rafał Urbański, Norbert Rybarczyk, Artur Sadłos, Łukasz Okólski, Michał Ociesa – już mają swoje nagrody i publikacje. Po dwóch latach od retrospektywnych wystaw „Yes’t prawie ok I i II” (przygotowanych przez Stowarzyszenie Twórcze „Zenit”), subiektywnie wybieram trójkę najbardziej niedocenionych artystów komiksu związanych z Kielcami.
Robert Kolasa. Potrafi zamknąć historię w jednym czarno-białym kadrze. Bawi się kalkami, sloganami kultury masowej, uprawiając coś w rodzaju kulturowego recyklingu. Jego ulubionym bohaterem jest obcy – pocieszny, tromboidalny stworek, który odwiedzając Ziemię (najczęściej sielską prowincję) wikła się w ciąg zabawnych sytuacji Żywiołem tych rysunków jest również język (frazeologizmy, przysłowia) ukazujący absurd naszej codzienności i kosmicznego ładu.
Tomasz Łukaszczyk. Budujący kolorem przestrzeń i bryłę. Wciąż mam wrażenie, iż obok zbioru dzieł Lema i sześciopaku z filmami Lucasa, ma na biurku atlas entomologiczny. Jego kosmiczne statki, postaci ludzkie są ekspresjonistyczne, lecz przypominają również ogromne owady, hybrydy z planet odwiedzanych przez Ijona Tichy’ego. Odwołuje się do metafizycznego porządku. Te rysunki dopełniają, a czasem wręcz istnieją poza tekstem. Oto „Droga Krzyżowa” (2010) Łukaszczyka do liryki Adama Ochwanowskiego w popartowskim anturage’u, z czytelną proweniencją SF.
Zygmunt „Zeke” Kowal. Autor scenariusza do sześciu części komiksu „Salut bohaterom” (rysunki Jerzy Ozga) – dotychczas wydano tylko jeden zeszyt. Łączy w spójną opowieść pozornie sprzeczne rzeczywistości – amerykańskie mity kultury masowej – Gwiezdne Wojny, facetów w czerni z popularnymi mitami kultury PRL – kapitanami Klossem i Żbikiem. Mieszanka wybuchowa i przezabawny surrealizm.
I to by było na tyle. Chwilowo.