sobota, 23 lipca 2016

Co po X-menach? (Komiks dziecięcy w Polsce)

Artur Wabik
("Projektor" - 1/2016)
Po roku 1989 komiks w Polsce przez długi czas skierowany był przede wszystkim do odbiorców dorosłych. Choć pierwsza połowa ostatniej dekady XX wieku upłynęła pod znakiem komiksów superbohaterskich, to z czasem ich popularność zaczęła maleć. Podstarzałe przedruki z USA dosyć szybko znudziły czytelników, ale zdążyły wychować pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków.
W 1997 r. TM-Semic zakończył publikację bardzo popularnej jeszcze kilka lat wcześniej serii „X-men”. Jesienią 1999 r. wydawnictwo Egmont Polska uruchomiło Klub Świata Komiksu – linię z kolejnymi tomami „Thorgala” (dla odbiorcy starszego). Od tego momentu, poza ukazującym się raz w tygodniu „Kaczorem Donaldem”, polski rynek komiksowy nie miał w zasadzie nic do zaoferowania najmłodszym czytelnikom.
W ciągu kolejnej dekady zdążyło dorosnąć całe pokolenie, które z komiksem w zasadzie nie miało w dzieciństwie styczności. Tymczasem rynek komiksowy uległ licznym przeobrażeniom – z wydawnictw aktywnych w latach 90. pozostał na nim jedynie Egmont, zaś mnożące się w zastraszającym tempie mniejsze oficyny zaczęły dostrzegać problem niewystarczającego dopływu nowych czytelników. Już kilka lat wcześniej komiks na stałe zagościł na łamach opiniotwórczych tygodników, telewizji i Internetu, stało się więc jasne, że przyczyną problemu jest brak odpowiedniej komiksowej edukacji. Kluczem do poszerzenia przyszłej grupy odbiorców komiksu dla dorosłych było stworzenie atrakcyjnej oferty dla dzieci. Drugim impulsem do rewitalizacji komiksu dziecięcego w Polsce było zmęczenie polskich twórców dotychczasowym modelem współpracy z wydawcami. Ze względu na niskie honoraria i długie terminy płatności, z roku na rok powstawało coraz mniej autorskich albumów. Ponadto pokoleniową dziurę zaczęli dostrzegać nie tylko wydawcy, ale także autorzy, którzy w międzyczasie sami doczekali się dzieci. Najważniejszą zmianą w profilu wydawniczym oficyn niezależnych stało się więc wprowadzenie stałych serii dla dzieci, mających wypełnić lukę rynkową pomiędzy komercyjnymi komiksami Disneya czy Hasbro, wydawanymi przez Egmont Polska, a wysublimowanymi graficznie i fabularnie albumami dla dorosłych.
W 2013 r. wydawnictwo Kultura Gniewu uruchomiło linię komiksów dla dzieci pod nazwą „Krótkie Gadki!”. Seria ta zadebiutowała wiosną dwoma komiksami: „Norką zagłady” Tomasza Samojlika (będącą kontynuacją „Ryjówki przeznaczenia” z 2012 r.) oraz pierwszym zeszytem przygód Misia Zbysia, „Lis, ule i miodowe kule”. Jednak dopiero jesienią tego samego roku, przy okazji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, pojawił się pierwszy większy pakiet albumów, na który złożyły się: trójwymiarowy „Jaś Ciekawski” Matthiasa Picarda (do albumu dołączone są dwie pary okularów trójwymiarowych, aby umożliwić rodzicom wspólną lekturę z dziećmi), nagrodzona przez Polską Sekcji IBBY za ilustracje i projekt graficzny „Prawdziwa Bajka” Mikołaja Łozińskiego i Marty Ignerskiej, oraz „Wilk, pies i owce” Przemysława Wechterowicza, zilustrowany przez Bartosza Minkiewicza (znanego przede wszystkim ze współautorstwa przygód Wilqa). Ostatnie dwie pozycje to tzw. „picturebooks” będące hybrydą komiksu i klasycznej książki ilustrowanej. Uruchomienie „Krótkich Gadek!” zbiegło się w czasie z imprintem poznańskiego wydawnictwa Centrala pod nazwą „Centralka”. Także tę serię zainaugurował komiks Tomasza Samojlika, „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, zaś wkrótce później ukazał się pierwszy tom fenomenalnej serii o Hildzie autorstwa Luke'a Pearsona (jak dotąd na rynku są dostępne trzy albumy: „Hilda i Troll”, „Hilda i Nocny Olbrzym”, „Hilda i Ptasia Parada”.)
Z końcem 2013 r. największy wydawca komiksów w Polsce, Egmont Polska, zachęcony sukcesem mniejszych oficyn ogłosił pierwszą edycję konkursu na komiks dziecięcy im. Janusza Christy. W wyniku tego przedsięwzięcia w kolejnym roku ukazało się aż pięć albumów: „Kubatu. I tak nie uwierzysz!” Jakuba Sytego i Przemysława Surmy, „Tomek i Jacek. Piraci z Lua Lua” Michała Chojnackiego i Jakuba Grocholi, „Lil i Put. Jak przelać kota do kieliszka?” Macieja Kura i Piotra Bednarczyka, „Rysiek i Królik. W szortach” Łukasza Piotrkowicza, Krzysztofa Budziejewskiego i Katarzyny Urbaniak oraz „Wszystko będzie dobrze” Januarego Misiaka. Cztery pierwsze tytuły zostały przedstawione czytelnikom jako albumy startowe nowych serii. Jeśli dodać do tego kolejną porcję „Krótkich Gadek!”: „Ucztę u królowej” Rutu Modan, drugi tom przygód Misia Zbysia, „Złoty Sokół Teksański”, wznowienia albumów Samojlika, oraz „Łaumy” Karola Kalinowskiego, to rok 2014 przyniósł po raz pierwszy od lat tak obszerny pakiet komiksów dla dzieci na wysokim poziomie. Wisienką na torcie był album „88/89” Michała Rzecznika i Przemysława Surmy wydany przez Widnokrąg w 25. rocznicę upadku Muru Berlińskiego. Autorzy robiąc komiks dla dzieci w wieku 10-12 lat zdołali uniknąć dydaktyzmu, lecz nie poprzestali wyłącznie na barwnych anegdotach. Wydarzenia lat przełomu opowiedzieli jak tło dużo ważniejszej, uniwersalnej opowieści o dorastaniu.
Jesienią 2015 r. w Egmoncie ukazały się kolejne albumy z serii rozpoczętych rok wcześniej. Jako pierwsze kontynuacji doczekały się „Kubatu” oraz „Lil i Put”, w przygotowaniu są drugie części „Tomka i Jacka” oraz „Ryśka i Królika”. Wydawnictwo płaci zaliczki i wymaga terminowego dostarczania materiałów do druku. Autorzy, z którymi rozmawiałem, przyznają, że po raz pierwszy w życiu mają poczucie, że są traktowani przez wydawcę poważnie. W drugiej edycji konkursu im. Janusza Christy nagrodzone zostały „Niezła draka, Drapak! Puść to jeszcze raz” Sztybora i Kaczkowskiego oraz „Malutki lisek i wielki dzik. Tam” Bereniki Kołomyckiej, które także należy traktować jako albumy startowe. Oznacza to, że efektem pierwszych dwóch odsłon konkursu jest aż sześć serii komiksowych, które przez lata będą bawić najmłodszych czytelników.
Komiksem dziecięcym, choć raczej klasycznym, coraz bardziej interesują się wydawnictwa książkowe. Od 2008 r. wydawnictwo Nasza Księgarnia wydaje zebrane komiksy o Fistaszkach Charlesa Schulza, w tłumaczeniu Michała Rusinka. Dotąd ukazało się 13 potężnych (ponad 300 str.) tomów obejmujących paski powstałe w latach 1950-1976, zaś przed nami kolejne. Wiosną 2015 r. nakładem oficyny Ene Due Rabe ukazał się pierwszy z pięciu tomów kompletnego wydania komiksów prasowych o Muminkach, z lat 1954-1959. Wedle zapewnień wydawcy, już za moment będziemy mogli cieszyć się kolejnym. W ubiegłym roku Znak wznowił komiks Joanna Sfara „Mały Książę” na podstawie słynnej książki Antoine'a de Saint-Exupéry'ego, zaś nowo powstałe wydawnictwo Znakomite rozpoczęło edycję serii „Merlin” do której Sfar pisze scenariusze (rys. José-Luis Munuera). Wydawcy książkowi ostrożniej podchodzą do komiksów rodzimych twórców. Pomimo to zachęcony sukcesem komiksu „88/89” Widnokrąg wydał niedawno zagadkowy zeszyt „Żona dyplomaty” Michała Rzecznika i Leszka Wicherka, który w zasadzie skierowany jest do czytelników dorosłych.
Komiks stanowi cięgle promil oferty wydawnictw książkowych, ale coraz śmielej odkrywają one potencjał ilustratorów kojarzonych dotąd wyłącznie z komiksem. Widnokrąg w ubiegłym roku wydał także autorską książkę Katarzyny Babis „Maja z Księżyca” oraz „Skąd się wzięły małpy w internecie” Artura Janickiego, z ilustracjami Przemysława Surmy. Przebojem sezonu okazała się seria Naszej Księgarni „Hej, Jędrek!” autorów popularnego Jeża Jerzego, scenarzysty Rafała Skarżyckiego i rysownika Tomasza Leśniaka. Dotychczas ukazały się dwa tomy – „Przepraszam, czy tu borują?” i „Gdzie moja forsa?”, zaś na rok 2016 zapowiedziano już kolejne dwa. „Hej, Jędrek!” to efektowne połączenie powieści, ilustracji książkowej i komiksu. Rysunki i komiksy Leśniaka nie są jedynie graficznym dodatkiem do fabuły, ale jej integralnym elementem, bez którego nie da się czytać książki. Latem w ofercie wydawnictwa Wilga pojawił się album „Jestem Miasto. Kraków” z ilustracjami Marcina Surmy, do którego miałem przyjemność napisać scenariusz. Jest to kartonowy picturebook w dużym formacie (27 x 32 cm) oparty na pomyśle książki-mapy, która zmienia się wraz z upływem czasu.
W nowy rok ostro wszedł Tomasz Samojlik, którego spektakularny picturebook „O rety! Przyroda” zaprezentowała właśnie oficyna wydawnicza Multico. Na blogu autora można znaleźć zapowiedź kolejnych jego publikacji, tym razem w wydawnictwie Egmont. Chodzi o serię „Samo Dzielny”, którą Egmont kieruje do najmłodszych czytelników, uczących się dopiero składania liter. Na stronach Instytutu Książki, w podsumowaniu roku w książce dziecięcej, Joanna Olech zwraca uwagę na dynamiczny wzrost ilości publikacji dedykowanych grupie wiekowej 14+ (tzw. „young adults”). Mają je już w swojej ofercie m.in. Dwie Siostry, Literatura, Bukowy Las, Moon Drive (imprint Znaku). W 2016 r. spodziewam się więc pojawienia się pierwszych komiksów i ilustracji komiksowych zrealizowanych z myślą o młodzieży, która póki co chętniej niż nad książką, spędza czas na Facebooku.

Smutny los scenarzysty (Dominik Szcześniak, "Robaczki")

Artur Wabik
("Projektor" - 6/2015)
Co się z nami dzieje, kiedy zostajemy rodzicami? Mierzymy się na nowo z podwalinami świata, w którym żyjemy. Z zasadami, do których tak przywykliśmy, że wydają nam się niekwestionowane. Tymczasem dziecko kwestionuje wszystko; negocjuje ze światem każdą, najmniejszą nawet prawidłowość.
„Robaczki” Dominika Szcześniaka to przede wszystkim komiks o ojcostwie. A także towarzyszących mu radościach, wątpliwościach i lękach. Próba wytłumaczenia dziecku złożoności świata musi, prędzej czy później, zetrzeć się z pytaniem o jego sens. Z tej perspektywy nawet nam, dorosłym wydaje się on być pełen sprzeczności i niekonsekwencji. Co zaś najbardziej zaskakuje autora – w udzielaniu dziecku prawidłowych odpowiedzi najbardziej przeszkadzają inni dorośli. Myślałem, że robimy to razem – mówi z wyrzutem do spotkanej w parku obcej kobiety – Rodzicujemy dzieciom. Wychowujemy je.
Część historyjek zebranych w „Robaczkach” pierwotnie ukazywała się w odcinkach, jako komiks internetowy pt. „Hej, Misiek!”, realizowany w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Lublina. Uzupełnione zostały one fragmentami, w których narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika.
W stylizowanych na stand up comedy przerywnikach Szcześniak analizuje smutny los scenarzysty komiksowego, wyznaje swoje uzależnienie od pisania, krytykuje krytyków – za brak obiektywizmu, warsztatu i pazerność na gratisy. Następnie dostaje się całemu środowisku, któremu zarzuca – skądinąd najzupełniej słusznie – zakłamanie i brak odwagi cywilnej poza Internetem. Pomimo tych zarzutów autor chętnie portretuje swoich kolegów po fachu – w komiksie pojawiają się m.in. Rustecki, Gedeon, Śledziu, Jaszczu czy Skutnik.
Pomiędzy epizodami Szcześniak po prostu szkicuje bawiącego się Miśka. Ostatnie 40 stron to nieco hermetyczna wycieczka w podświadomość autora, w głąb jego procesów twórczych – sekcja dla wtajemniczonych, która ujmuje całości pewnego uniwersalizmu. Na tym tle bardzo ciekawie wypadają rozważania o dostępie do informacji, świadomym wypieraniu niewygodnych dla nas treści w Internecie. W tym fragmencie Szcześniak mówi o czymś, na co wiele osób w ogóle nie ma odwagi.
W całości ponad 150-stronicowy komiks sprawia wrażenie ulepionego. Z mocniejszych i słabszych epizodów. Mocniejsze to w moim odczuciu te, które dotyczą bezpośrednio ojcostwa. Konwencja graficzna na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu, ale nawet krytykom ciężko będzie odmówić Szcześniakowi sprawności w oddawaniu emocji. Autentyczni bohaterowie nie utracili w tym – autobiograficznym przecież – komiksie swojej autentyczności. I to jest chyba najważniejsze.
Dominik Szcześniak (scenariusz i rysunki), Robaczki, 160 s. Warszawa : Prószyński Media, 2015.

Preludium Sierpnia („Ale w radiu nic nie mówili”, scenariusz – Sławomir Zajączkowski, rysunki – Jakub Kijuc, kolor – Jacek Hajnos)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2015)
Kilkanaście miesięcy „względnej” wolności – taki etap przechodziło w swojej historii prawie każde państwo realnego socjalizmu. Polska w październiku 56 r. i podczas kilkunastu miesięcy „karnawału Solidarności”. Każde z tych wydarzeń poprzedzał fakt mało znany, dzieje – raczej zapomnianych – bohaterów.
Historię mniej znaną z 1980 r. opowiada komiks „Ale w radiu nic nie mówili”. Zanim nadszedł „polski Sierpień”, strajki na Wybrzeżu i Śląsku, w lipcu zaprotestował Lublin. Trudno powiedzieć, na ile sukces lubelskich robotników, spokojne (bo bezkrwawe) rozmowy i podpisane porozumienia wpłynęły na sierpniowy sukces „Solidarności”. Z pewnością pokazały, że można inaczej.
Komiks – adresowany przede wszystkim – do młodego odbiorcy, stąd z pewnością rysunek stylizowany na współczesne kreskówki i przypominający Simpsonów, podejmuje jeszcze jeden ważny temat – milczenia. Przekonania, że jeśli o czymś nie powiemy, nie napiszemy, to fakt ten nie istnieje. Studentka dziennikarstwa Katarzyna i młody maszynista Janek (zestawienie przypominające chociażby klasyk Ścibora-Rylskiego) łamią blokadę informacyjną i przekazują informacje redakcji Radia Wolna Europa. I cała Polska dowiaduje się o Lublinie. Historia prosta i ważna.
Komiks sfinansowany częściowo z dotacji Muzeum Historii Polski był rozdawany za darmo podczas obchodów 35. rocznicy powstania „Solidarności” w Lublinie.
„Ale w radiu nic nie mówili”, scenariusz – Sławomir Zajączkowski, rysunki – Jakub Kijuc, kolor – Jacek Hajnos, s. 32, Fundacja Ruchu Solidarności Rodzin, Lublin 2015.

Japonia na eksport (Manga)


Michał Kraska, Michał Ozga
("Projektor" - 5/2015)
Żeby zrozumieć skąd wzięła się popularność mangi na całym świecie, trzeba wcześniej zrozumieć, czym jest obecnie oraz poznać jej genezę. Samo słowo manga w języku japońskim składa się z dwóch znaków kanji: (man) oznaczającego coś mimowolnego, ale również rozrywkowego oraz (ga) czyli obraz, rysunek.
Pod koniec XIX w. manga oznaczała karykaturę, a dopiero w XX w. zaczęto używać jej w znaczeniu „komiks”. Warto tutaj zaznaczyć, że dla przeciętnego Japończyka manga to każdy komiks – amerykański, francuski, japoński. Za granicami Japonii wygląda to jednak inaczej. Manga używana jest w znaczeniu „komiks japoński” albo „komiks w stylu japońskim”.

Klasyfikacja
Jedną z najwspanialszych cech mangi jest jej różnorodność. Mangi dzieli się w zależności od potencjalnych odbiorców, do których mają trafić. Najpopularniejsze zazwyczaj zaliczają się do gatunku Shōnen – skierowanego do nastoletnich chłopców. Skupia on w sobie głównie fantasy, science fiction, sport oraz romans. Cechuje się przeważnie widowiskowymi walkami, dość sporą dawką wstawek komediowych i nieskomplikowaną fabułą. Odpowiednikiem Shōnen dla dziewcząt jest Shōjo. Tutaj fabuła zwykle przedstawia trudy życia codziennego nastolatki uczęszczającej do szkoły, która albo niefortunnie zakochuje się w wyjątkowo przystojnym uczniu, albo to w niej zakochuje się od dwóch do kilku chłopców i główna bohaterka staje przed trudnym zadaniem wyboru „tego jedynego”. Następnym bardzo popularnym i już poważniejszym gatunkiem jest Seinen. Jest on skierowany głównie do młodych mężczyzn. Poruszane tutaj tematy często oscylują na granicy filozofii, a autorzy starają się zaznaczać problemy natury psychologicznej oraz trudności życia codziennego. Warto jeszcze zaznaczyć, że do gatunku Seinen zaliczają się również komedie przeznaczone dla starszych czytelników.

Ekspansja
Jednak, co sprawiło, że manga stała się popularna na całym świecie? Głównym jej celem, prawie od zawsze, było bawienie odbiorcy i w tej roli spisuje się znakomicie. Większość mang czyta się lekko i przyjemnie. Oczywiście są też utwory pełne symbolizmu i głębi, ze skomplikowaną fabułą – ich czytanie dostarcza rozrywki starszym odbiorcom. Następną przyczyną jej popularności jest sposób funkcjonowania branży. Kiedy jakaś manga staje się popularna w Japonii, na jej podstawie tworzone jest anime. Kiedy anime zostaje wyświetlane w telewizji pojawiają się figurki z postaciami, gotowe przebrania do cosplayu oraz setki innych produktów skierowanych do fanów. Potem tytuł jest tłumaczony na inne języki.
Historię mangi na polskim rynku wydawniczym rozpoczyna komiks „Aż do Nieba”, wydany przez JPF w 1996 r., choć grupy fanowskie zaczęły powstawać rok wcześniej, przy okazji telewizyjnej serii „Czarodziejki z Księżyca”, która z kolei doczekała się wydania w formie komiksowej w 1997 r. razem z pojawieniem się pisemka „Kawaii”. W tym czasie na ekrany polskich odbiorników zawitało sporo tytułów anime, między innymi „Dragon Ball” czy „Magiczni Wojownicy”. W 2001 Wydawnictwo Waneko wydało „mangamiks”, który na rynku utrzymał się do 2003 r. Dwa lata po nim upadło „Kawaii”. Od tego czasu pojawiło się wiele mangowych wydawnictw, a najpopularniejszą gazetką tematyczną stało się „Otaku” studia JG. Od mniej więcej 2 lat obserwujemy gwałtowny wzrost ilości wydawanych serii.

Kulturowe wpływy
W Japonii, wpływ mangi widać na każdym kroku, Komiksy stanowią tam, bowiem około 40% całego rynku wydawniczego, a grafiki w tym stylu są używane w celach komercyjnych. Równie często jak zdjęcia czy jakiekolwiek inne obrazki. Lecz zmiany zachodzące w kulturze pod wpływem popularyzacji japońskich komiksów widać także w naszym kraju.
Członkowie grup fanowskich najczęściej są nazywani „Otaku”. Często osoby interesujące się mangą noszą ubrania czy fryzury nawiązujące do japońskiej mody. Charakterystyczne dla nich jest również używanie pojedynczych słów lub wyrażeń z języka japońskiego w codziennych rozmowach.
Zainteresowanie mangą wpływa na popularyzacje charakterystycznych dla Japonii kierunków sztuki takich jak ikebana, kaligrafia czy origami, ale też innych aspektów kultury. Coraz częściej spotykamy ludzi zainteresowanych wschodnią kuchnią, muzyką, tańcem, a także sztukami walki. Popularyzacja japońskiej kultury zwiększa również popyt na produkty z nią związane, jak kulinaria, literatura czy przedmioty codziennego użytku.

Klasyka
Ze względu na ogromną różnorodność tego gatunku ciężko podać tylko kilka dzieł i uznać je za klasyki. Na pierwszym miejscu wypadałoby wspomnieć Osamu Tezukę, który stworzył około 600 komiksów, ale, mimo że jest nazywany „bogiem mangi” czy „Japońskim Disneyem” to ciężko powiedzieć o jakimś z jego dzieł „klasyk”, ponieważ swoją twórczością budował mangę, nadawał jej formę, więc jego dzieła są mało reprezentatywne dla mangi, jaką obecnie znamy. To też, jeśli przychodzi do wymieniania najważniejszych dzieł, to wypada wspomnieć tytuły: „Akira” (science fiction) aut. Katsuhiro Otomo, „Neon Genesis Evangelion” (psychologiczno- fantastyczne) aut. Yoshiyuki Sadamoto, „Ghost In the Shell” (psychologiczne, cyberpunk) aut. Masamune Shirow, „Drgaon Ball” (shonen) aut. Akira Toriyama, „Death Note” (detektywistyczne) aut. Tsugumi Ohba i Takeshi Obata, „Sailor Moon” (shōjo) aut. Naoko Takeuchi. Wielu popularnych twórców publikowało na łamach tygodnika „Shonen Jump”. Są to m.in.:  Eiichirō Oda – „One piece” (wydrukowano 380 milionów egzemplarzy tej, mangi co czyni ją najlepiej sprzedającą się na świecie), Masashi Kishimoto – „Naruto”, Tite Kubo – „Bleach”, Tōru Fujisawy – „Great Teacher Onizuka”.
Manga zdobyła ogólnoświatowy rozgłos nie bez powodu. Jest świetnym sposobem na rozrywkę, potrafi porwać pięknymi rysunkami albo zaciekawić nietypową fabułą. Wspierana przez bardzo aktywnych fanów, potrafi przyciągnąć do siebie nie tylko młodzież, ale również dorosłego czytelnika.

Elf Oliver ratuje świat (Komiks a gry video)

Artur Wabik
("Projektor" - 5/2015)
Pod koniec lat 70. wraz z upowszechnieniem się komputerów domowych pojawiła się nowa forma rozrywki, która w ciągu kilku dekad swoją skalą przerosła hollywoodzki przemysł filmowy. Początkowo producenci gier wideo bardzo chętnie opierali je na istniejących wcześniej franczyzach – filmach, serialach telewizyjnych, komiksach lub książkach.
Z archiwum Artura Wabika
Choć możliwości graficzne gier z tamtego okresu nie były w stanie oddać w pełni złożoności światów i postaci wykreowanych w innych mediach, to panowało przekonanie, że użycie dobrze sprzedającego się dotąd tytułu wpłynie pozytywnie na odbiór nowego produktu. Nawiązania fabularne do pierwowzorów miały najczęściej charakter poszlakowy, zaś najistotniejsze było umieszczenie na pudełku rozpoznawalnego logo. W ten sposób komiks i gry dosyć szybko znalazły wspólny mianownik, choć zupełnie inny, niż ma to miejsce obecnie.
W czasach, gdy triumfy na rynku w USA święcił prosty, ośmiobitowy komputer Atari 2600, do pudełek z topowymi tytułami na tę platformę dodawano krótkie komiksy w niewielkim formacie. Za ich produkcję odpowiadało wydawnictwo DC. Prawdopodobnie pierwszym komiksem stworzonym na potrzeby przemysłu gier wideo była seria „Atari Force” wydawana w latach 1982-1983. Pierwsze pięć zeszytów dodawano do gier „Defender”, „Berzerk”, „Star Raiders”, „Phoenix” oraz „Galaxian”. Komiksową grupę „Atari Force” tworzyli ludzie różnej narodowości, podróżujący międzywymiarowym statkiem kosmicznym „Scanner One”, w poszukiwaniu nowych planet nadających się kolonizacji, w związku z dewastacją ekologiczną naszej ojczystej planety. Całą operacją sterował z Ziemi Instytut A.T.A.R.I. (Advanced Technology And Research Institute).
Warto zwrócić uwagę, że nigdy nie istniała gra pt. „Atari Force”. Bohaterowie komiksu nie pojawiali się też w żadnej z gier, do których był on dołączony. Fabuła poszczególnych zeszytów była tylko częściowo oparta na wątkach zaczerpniętych z gier. Scenariusze pisali Gerry Conway i Roy Thomas, zaś za stronę graficzną odpowiadali Ross Andru, Gil Kane, Dick Giordano i Mike DeCarlo. Wkrótce do gier na Atari 2600 zaczęto dodawać komiksy wyjaśniające i uzupełniające fabułę gry, m.in. serię „Swordquest z 1982 r., według scenariusza Roya Thomasa, rysowaną przez George'a Pereza i tuszowaną przez Dicka Giordano. Niestety, tylko trzy („Earthworld”, „Fireworld” i „Waterworld”) z planowanych czterech gier ujrzały światło dzienne. Zamykający serię zeszyt „Airworld” nigdy nie został ukończony, choć podobno istnieje jego zaawansowany storyboard.
W 1983 r. ukazał się komiks towarzyszący kolejnemu wydaniu popularnej gry „Centipede”. Choć i za ten tytuł odpowiada zespół artystów z DC, to nie należy się po nim spodziewać zbyt wiele. Oliver, najmniejszy elf w miasteczku, przy pomocy swoich przyjaciół ratuje świat przed złym czarnoksiężnikiem, który planuje zamienić wszystkie grzyby (główny pokarm elfów) w trujące muchomory – tak w skrócie prezentuje się fabuły gry i komiksu. Szata graficzna zeszytu, a w szczególności jego okładka była już mocna dostosowana do estetyki samej gry. Ostatni z pierwszej dziesiątki, stworzony już bez udziału DC, komiks dołączany do gry „Yar's Revenge” z 1982 r. jest jeszcze bardziej kuriozalny. Fabuła sprowadza się do rozwinięcia intro gry – tytułowy Yar, antropomorficzny insekt mści się za zniszczenie jego ojczystej planety Razak IV. Okładka komiksu jest już bezpośrednim powtórzeniem grafiki z pudełka. Co ciekawe, w lipcu tego roku obecny właściciel praw do tytułów na Atari 2600 zapowiedział wznowienie i start zupełnie nowych serii komiksowych na bazie starych tytułów.
W 1984 r. największy konkurent DC, Marvel wyprodukował serię komiksów, które dołączano do multi-platformowej gry przygodowej „QuestProbe”, której kolejne epizody skupiały się na poszczególnych bohaterach z uniwersum Marvela. Do projektu zaproszono gwiazdy obu branż – legendarnego Johna Byrne'a z Marvela oraz Scotta Adamsa, autora jednej z pierwszych w historii gier przygodowych „Adventureland”. Artyści mieli wspólnie wykreować równoległą narrację w grach i komiksach. Na ten odważny eksperyment było jednak nieco za wcześnie. Z planowanych 12 crossoverów wydano tylko trzy komplety („The Hulk”, „Spider-Man”, „The Human Torch and The Thing”), zaś po roku projekt zarzucono.
W tym samym czasie na rynku pojawiła się pierwsza gra wideo zrealizowana na podstawie istniejącego wcześniej komiksu. Była to gra strategiczna „Spy vs. Spy”, posiadająca innowacyjne w tamtym czasie rozwiązanie typu split screen, pozwalające na jednoczesne granie dwóm graczom. Pierwowzór, slapstickowe przygody dwóch szpiegów usiłujących zabić się nawzajem, przy użyciu coraz bardziej absurdalnych broni i pułapek, ukazywał się od początku lat 60. w formie paska na łamach magazynu „Mad”. Gra została ciepło przyjęta i doczekała się kolejnych dwóch części, a po wielu latach także kolejnej odsłony na konsole pierwszej generacji.
Obecnie adaptacje komiksów są jedną z dominujących tendencji na rynku gier wideo. Opublikowana w Wikipedii lista gier opartych na komiksach liczy sobie prawie 400 pozycji. Są wśród nich produkcje na konsole, komputery domowe i platformy mobilne; oparte na komiksach Marvela, DC, mangach i komiksach europejskich, a także, coraz częściej, na filmach zrealizowanych na podstawie komiksów. Najwięcej, bo aż 47 tytułów pozwala graczowi wcielić się w postać Spider-Mana, ale niezwykle popularny jest także Batman, Superman, Garfield czy Żółwie Ninja.
Wiele gier wideo sięga do estetyki komiksu bez zapożyczania konkretnego bohater, czy świata. Komiksowe wstawki rozwijają fabułę i pełnią rolę tzw. cutscenes, czyli fabularnych przerywników pomiędzy misjami – takie rozwiązanie pojawia się m.in. w grach „MDK”, „Max Payne”, „Shadow Warrior” czy „Infamous 2”. W innych cała szata graficzna, także w trybie rozgrywki, czerpie bezpośrednio z komiksu, jak w „Mad World” (z amerykańskiego komiksu niezależnego) czy „Ni No Kuni” (z mangi). W Japonii zwyczajowo manga, anime i gra wideo na podstawie danego tytułu ukazują się równocześnie. Tamtejszy rynek jest jednak na tyle specyficzny, że sam w sobie zasługuje na oddzielny artykuł.
Coraz częstszym zjawiskiem są także komiksowe adaptacje gier wideo. Niemal każdy imprint DC czy Marvela ma obecnie swojej ofercie zeszyty oparte na grach. Np. Wildstorm proponuje nam „Call od Duty: Ghost”, Image Comics – „Dead Space”, Dark Horse – naszego własnego „Wiedźmina”, itd. Zdarzają się wśród nich komiksy bardzo udane, jak „Silent Hill” Scotta Ciencina, „Dante's Inferno” Gage'a i Latorre'a, czy poszczególne albumy z uniwersum „Halo”, ale większość prezentuje żenujący poziom pierwszego i zarazem ostatniego zeszytu „Dooma” z 1996 r. Pomimo to trudno dziś wyobrazić sobie rynek komiksowy bez gier i przemysł gier wideo bez komiksu. Jeśli jednak w tym ekosystemie jakiś gatunek ma się przyczynić do wyginięcia innego, to będą to gry wideo.

Klasyka i klasyka przyszłości ("Funky Koval", "Ekspedycja", „Wyprawa Shackletona”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2015)
Wybierając utwory do tego krótkiego artykułu, zastanawiałem się, które z nich są esencją kultury popularnej – łączą pierwiastek fantastyki, historii, filmu, sztuki masowej, mitologii. Mając zarazem status utworów klasycznych.
Wybrałem komiks jako gatunek najbardziej migotliwy i postmodernistyczny. Tylko trzy dzieła – dwa o statusie nieomal kultowym i jedno, które takim niedługo się stanie.

Detektyw i kryształowa czaszka...
...czyli „Funky Koval” i „Ekspedycja” – dwa najsłynniejsze polskie komiksy SF, połączone postacią rysownika Bogusława Polcha. Pierwszy jest często uznawany za najlepszą polską realizację w ogóle, drugi był największym sukcesem eksportowym (tłumaczenie na 12 języków). Teraz Wydawnictwo Komiksowe publikuje edycje kolekcjonerskie wszystkich zeszytów, uzupełnione o przykładowe szkice plansz i wywiady z autorami.
Obydwa albumy są czymś w rodzaju wzorca z Sèvres, dla polskich scenarzystów i rysowników. Tworząc komiks fantastyczno-naukowy nie da się uciec przed porównaniami. Dotyczy to przede wszystkim grafików, bo przecież nikt już dziś tak nie rysuje jak Bogusław Polch, a dowcipna wypowiedź Janusza Christy na łamach „Aqq” o perfekcjonizmie Polcha – Kiedyś pokazywał mi stronę swojego „Funky Kovala”. Był na niej rysunek bohatera trzymającego w ręce monetę. Na tym dolarze były umieszczone wszystkie napisy, jak na prawdziwym. Musiał to chyba pod lupą robić – stała się legendą.
W „Funkym Kovalu” („Bez oddechu” – 1982/83, „Sam przeciw wszystkim” – 1985-86, „Wbrew sobie” – 1991-92, „Wrogie przejęcie” – 2010-11) obserwujemy ewolucję stylu Polcha, od rysunku w stylu pięknych, dawnych komiksów amerykańskich, po kadry z większym oddechem, zapełnione postaciami o twarzach nierzadko ocierających się o groteskę. Pierwsze zeszyty to również fantastyczna lekcja mody, stylu bycia, fryzur i designu lat 70. i 80. Aluzje polityczne do stanu wojennego, parafrazy autentycznych wypowiedzi polskich polityków z początku lat 90. są może nieczytelne dla wielu odbiorców, ale to co w tej pokręconej, mozaikowej opowieści o kosmicznym detektywie pozostaje uniwersalne, to kontekst kulturowy.
Parowski z Rodkiem (scenarzyści) w historię zatrudnionego przez agencję „Universs” Funky’ego Kovala, który wpada na trop spisku i inwigilacji Ziemi przez rasę drolli, wplatają filmowe, serialowe i książkowe tropy – „Gwiezdne wojny”, Dicka, „Metropolis”, „Doktora Who” itd. Tom ostatni, rozgrywający się przede wszystkim w przestrzeni wirtualnej i wyobrażeniach Kovala, jest doskonałym odwzorowaniem internetowego strumienia świadomości, w którym spotykać można (prawie równocześnie) Quasimodo, klony i złotego smoka z prozy Sapkowskiego.
„Ekspedycja” to cykl ośmiu tomów, pierwotnie wydawanych w Niemczech w latach 1978-82, mocno nawiązujących do hipotez Ericha von Dänikena o ingerencji istot pozaziemskich w początki i rozwój ludzkiej cywilizacji. Najsłynniejsze znaki ich bytności – kryształowa czaszka czy ryty na płaskowyżu Nazca stały się toposami popkultury. Komiks o kosmitach z planety Des, dzięki linearnej narracji i nowatorskim – jak na tamte czasy – połączeniom motywów starotestamentowych, z religiami Egiptu, Asyrii, apokryfem Henocha, mitem platońskim, okazała się bardziej uniwersalna i łatwiejsza w odbiorze dla zachodniego czytelnika. Tylko osiem zeszytów trochę dziwi (uzasadnienie znajdujemy w wywiadzie z rysownikiem). „Funky Koval” miał – literacko – lepszy scenariusz, ale jego enigmatyczność (fragmentami) i hermetyczność, decydują, że to „Ekspedycja” mogła stać się produktem międzynarodowym na miarę „Thorgala”. Dziś po sukcesie serialu „Zagubieni” wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
Inspirowany Dänikenem cykl, to nie tylko kosmologiczna opowieść o narodzinach człowieka. Scenarzyści stworzyli rozbudowaną intrygę sensacyjną, z nieodłącznymi elementami walki o władzę, ambicji, politycznych rozgrywek. Początki gatunku homo sapiens są ważne, lecz konflikt dobra ze złem (Ais/ Aistar – dobra, przeciw Sathamowi – zły, szalony naukowiec), niejednoznaczność postawy Wielkiego Mózgu (przywódca Des), motyw kuszenia – budują uniwersum tej historii.
Nie czytaliście żadnej z tych klasycznych opowieści? To przeczytajcie. Czytaliście? Przeczytajcie jeszcze raz.

Endurance znaczy wytrwałość

Gdzież są niegdysiejsze marzenia?! – można wykrzyknąć. Gdzie te czasy, gdy jednym kliknięciem myszki jeszcze nie można było przenosić się w odległe krainy. Książka podróżnicza była wtedy artefaktem. W telewizyjnej wersji powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” takim artefaktem jest książka „Przez morza i oceany”, podarowana przez tytułowego bohatera Cyganowi (w pierwowzorze Cegiełce). „Wyprawa Shackletona” Williama Grilla należy właśnie do tego gatunku marzycielsko-romantycznej literatury.
Za kilkanaście lat o utworze Grilla nie będzie się mówiło inaczej niż klasyk. Tylko czy klasyk książki dla dzieci? Klasyk komiksu? Klasyk książki ilustrowanej? Autor przekroczył ramy gatunków.
Opowieść o ostatniej wielkiej wyprawie antarktycznej (1914-1916) Ernesta Shackletona na statku „Endurance” zostaje uznana za najlepszą książkę ilustrowaną roku przez „New York Timesa”, Grill otrzymuje Nagrodę AOI („Oscara ilustracji”) za debiut. Historia rozrysowana jest fantastycznie – artysta operuje kredką w sześciu, może siedmiu kolorach – to obraz tworzy opowieść. Tekst, omawiający dramatyczną podróż statkiem, uwięzienie w lodach Antarktydy, podróż pieszo i saniami, ekspedycję powrotną, wystylizowany zostaje (dzięki zabiegom językowym) na zapiski reporterskie z epoki wiktoriańskiej.
Lecz przede wszystkim rysunek – Williama Grilla charakteryzuje przede wszystkim nieskrępowana wyobraźnia i brak strachu. Jeśli rysunek ma być wielokroć powtórzonym ornamentem, jeśli arabeską, to nią jest. Gdy pragnie osiągnąć wrażenie morskiej podróży – kreśli ciąg okrągłych wizerunków „Endurance” jakby w okularze lunety. Nie boi się uciekać od sztywnego kadru – tworzy rozkładówki jak wielkie freski. Kilkukrotnie powtórzony efekt samotnej, małej łódeczki lub statku zagubionego na prawie białej planszy, pokazuje ogrom antarktycznych przestrzeni, znikomość statku Shackletona.
Obrazki nie przekraczają nigdy granicy dobrego smaku. Dramatyzm sytuacji nie wynika z drastyczności przedstawienia – lecz wyniknąć może z inteligencji i wyobraźni młodego czytelnika. „Wyprawa Shackletona” może stanąć na półce, obok takich arcydzieł polskiej, książkowej ilustracji jak rysunki Jana Marcina Szancera do baśni Brzechwy czy „Pinokia” lub Jerzego Skarżyńskiego do „Trzech muszkieterów”.
„Funky Koval”, scenariusz – Maciej Parowski i Jacek Rodek, rysunki – Bogusław Polch, s. 212, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
„Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, scenariusz – Arnold Mostowicz, Alfred Górny, rysunki – Bogusław Polch, s. 392, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
„Wyprawa Shackletona”, scenariusz i rysunki – William Grill, s. 71, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.

Marcin Kot "Każdy był kiedyś dzieckiem"

"Projektor" - 4/2013
 

Skurczony obszar wolności (Sławomir Zajączkowski - scenariusz, Krzysztof Wyrzykowski - rysunki)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
Zaczynamy od dużego, panoramicznego kadru. To mogłaby być ekranizacja „Cichego Donu”, widok jak z Dzikich Pól lub pochód samurajów z filmu Kurosawy. Czujemy przestrzeń, kresowy oddech czasu i przestrzeni. Tak zaczyna się komiks „Kampinos’44” (z cyklu „W imieniu Polski Walczącej”).
Potem przestrzeń już tylko ulega ściągnięciu – ciasne ulice powstańczej Warszawy, kanały w stolicy, jeśli Puszcza Kampinoska, to w naturalny sposób ograniczona przestrzenią drzew. Przestrzeń w komiksie kurczy się – identycznie jak w rzeczywistości – malała odległość oddziału porucznika Adolfa Pilcha („Góry”, „Doliny”) od cofających się wojsk niemieckich i atakującej Armii Czerwonej. Rysunki Krzysztofa Wyrzykowskiego – przypominają mi trochę starą, dobrą szkołę, chociażby Bogusława Polcha czy Grzegorza Rosińskiego, z dodatkiem nowoczesności – charakteryzują się przede wszystkim dobrym wyczuciem koloru, doskonale rozpoznajemy, jaką porę dnia i roku ukazuje konkretny kadr. Kolorem, ale i dynamiką – nie trzeba dodawać, że najbardziej efektowne są fragmenty ukazujące walki w powstańczej Warszawie – lecz najlepszy (i szkoda, że nie całostronicowy) jest obraz niemieckiego bombardowania.
Wyrzykowski od kilku lat ilustruje serię komiksów wydawanych przez Instytut Pamięci Narodowej, do scenariuszy Sławomira Zajączkowskiego (m.in. „Zamach na Kutscherę”, „Akcja pod Arsenałem”, cykl „Wilcze echa”). Narracja komiksu podporządkowana została wspomnieniom Adolfa Pilcha – stąd zarówno pierwszoosobowa forma kilkunastu dymków, retrospekcje i dialogi z charakterystycznym dla połowy ubiegłego wieku słownictwem.
W tym miejscu ledwie skrót historyczny – obszerne, naukowe omówienie znajdą czytelnicy w komentarzu dołączonym do komiksu. To opowieść o potężnym zgrupowania AK „Doliniacy”, walce z „czerwoną” partyzantką, marszu z Puszczy Nalibockiej na pomoc powstańczej Warszawie, stworzeniu w Puszczy Kampinoskiej, de facto niezależnej republiki, bohaterstwie i niezawinionej klęsce. Scenarzysta nie pominął tu ani chwilowego, taktycznego rozejmu z Wehrmachtem, ani dość instrumentalnego traktowania przez dowództwo AK żołnierzy z Kresów, ani wątpliwej roli majora „Okonia” w klęsce ugrupowania „Doliny”.
Komiksy Zajączkowskiego i Wyrzykowskiego pełnią formę podwójną. Edukacyjną – to rodzaj aksjomatu, iż obrazowa historia będzie przystępniejsza niż podręcznikowy rozdział dla uczniów współczesnej, cyfrowej szkoły. Bez obrazowego ekwiwalentu zagrożoną zatopieniem w nudnej czytance. Drugi element – istotniejszy dla starszych czytelników – to, nie nazwałbym tego nawet odkłamywaniem historii, ale wyrównywaniem szans, które już w 1945 r. równe nie były. Pokazaniem całego pokolenia – nie tylko żołnierzy AK, ale i NSZ, które w historiografii istniało szczątkowo, pół/ ćwierć prawdziwie, bez oddania należnych honorów.
Sławomir Zajączkowski (scenariusz), Krzysztof Wyrzykowski (rysunki), „W imieniu Polski Walczącej”, zeszyt 2, „Kampinos‘44”, s. 60, Wyd. Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2014.

Gdy chmury okazują się dymkiem („Komiks i jego konteksty”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
Wszystko jest komiksem. To rodzaj klucza, metafory i intelektualne nadużycie z mojej strony, ale pomyślmy przez chwilę... Jeśli świat jest znakiem lub zestawem znaków. Zakodowanych mniej lub bardziej – więc jest obrazem albo tekstem, albo tekstem i obrazem jednocześnie. Znakiem kultury.
To telewizja, film, prasa, grafika, porcelana i okładki płyt. Dochodzimy do pierwszego waloru zbiorowej publikacji „Komiks i jego konteksty” – edukacyjnego, dokumentalnego, ujawniającego to, co pozornie ukryte – komiksowych konotacji współczesnej kultury. Czytanie zbioru referatów przybiera charakter lektury przewodnika po mało znanym kraju – najpierw położenie, podstawowe zwroty, dopiero potem zwiedzamy poszczególne regiony i konkretne miasta (zresztą miejskość to jeden z ważniejszych tematów zbioru, włącznie ze strategią czytelnika/ bohatera – detektywa, turysty, spacerowicza). Wędrówka potwierdza – znaną od dość dawna – prawdę: opisem komiksu zajmują się filolodzy, narzędzia do jego analizy dostarcza literaturoznawstwo, a nie historia sztuki, która zdaje się komiksu nie rozumieć. Być może – to taka propozycja – jeśli magicy od sztuk plastycznych pozostają wobec zestawienia tekstu i obrazu obojętni/ bezradni, to może do trójki rodzajów literackich (choć przy dzisiejszym synkretyzmie ten podział traci na ostrości) dołączyć jako czwarty komiks? To wyraźna wskazówka z lektury książki IKP. 
Pierwszy referat w wydawnictwie – Jerzego Szyłaka jest résumé z jego głośnej książki „Komiks w szponach miernoty” i zachęcam każdego, kto chce zrozumieć, na czym polega dyskurs o „historyjkach obrazkowych”, do przejrzenia. Można zacząć od artykułu Wojciecha Birka – polecam akapit o stylistyce komiksu – skrypt dla początkujących twórców i zarazem dla recenzentów. Z postaci ikonicznych dla polskiej krytyki komiksowej, przywołam jeszcze dwie: Adama Ruska i niedawno zmarłego Tomasza Marciniaka. Pierwszy przedstawia historię magazynu „Relax” (1976-1981) i jego upadku. Sprzeczność wersji – brak papieru lub wręcz przeciwnie jego dostatek przy zatrudnieniu w redakcji osób nie pojmujących specyfiki obrazkowego medium – pokazuje jak ulotna jest ludzka pamięć i jak rosną komiksowe mity. Data publikacji poznańskich (w tym „Zeszytów” o latach 90.) to ostatni moment na rejestrację wersji jak najbliższych prawdy. Referat Tomasza Marciniaka jest z kolei zaproszeniem do debaty o zjawisku socjologicznym, jakim stał się komiks historyczny. Na styku ekonomii i polityki rodzi się „trend”. Powstają – czasem dość kuriozalne, głównie ze względu na słabość scenariuszy – utwory propagandowe. To jeden z najbardziej drapieżnych artykułów w tym ciekawym zbiorze.
Auschwitz w komiksie, filipiński gender, piosenka a komiks. Tematy można mnożyć, a książkę trzeba przeczytać.
„Komiks i jego konteksty”, red. Izolda Kiec i Michał Traczyk, s. 300, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2014.

Jósz umię czytadź (Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
W Scebzesynie hzonsc bzmi w tcinie – Papcio Chmiel poci się, męczy go mara senna, a to dopiero pierwsze z zarządzeń minister wszechnauk i bezeceństw Pani Hopsasa z Republiki Trapezfiku (oczywiście Afryka Środkowa), w sprawie uproszczenia pisowni polskiej. Po jednym z następnych dekretów, bezradny Tytus de Zoo staje przed drogowskazem i czyta: Varsava, vte i ve vte 100 km.
58-letni (pierwsze odcinki „Tytusa, Romka i A’Tomka” ukazały się w 1957 r. w „Świecie Młodych”), prawie uczłowieczony szympans – bohater chyba najdłużej na świecie rysowanego przez jednego autora komiksu – powinien wreszcie nauczyć się czytać i pisać. Chwila jest idealna, bo w Trapezfiku nie tylko głowa państwa ma kłopoty z ortografią, ale w ramach uszczęśliwiania, każdy (-a) z małych obywateli otrzymał darmowy elementarz. Ala już nie ma w nim kota, bo kot nie tyle jest passe, co kot nie jest „frutti” (albo „dżusi”) – przepraszam trochę jestem nie na czasie. Zresztą – w absurdalnym świecie elementarza papciowego, kot pozostał, ale kot nowoczesny już nie miauczy, on „meowczy”.
Płynna, swobodna narracja i nie tylko język ezopowy, ale ezopowy rysunek – taki jest Tytus coraz bliższy wieku emerytalnego (chciałbym o tym poczytać!). Komiksy Chmielewskiego (Papcia Chmiela) to zawsze był wariacki surrealizm. Pojazdy wielbiciela białych myszek – profesora T’Alenta, szaleńcze podróże – to był surrealizm wykoncypowany. „Elemelementarz” też jest szalony, lecz w tym szaleństwie jest metoda, inteligencja i humor, których oficjalnemu podręcznikowi zabrakło.
Każdy z komiksów o Tytusie i uczłowieczających go harcerzach (nie ma co daleko szukać konotacji to Pat i Patachon) bywał autoironiczny i edukował. „Elemelementarz” uczy przede wszystkim – nie tylko ortografii (wykorzystując podstawową wiedzę o rysunku i barwie), ale odbywamy również krótką podróż do Starożytnego Rzymu, żeby odkryć historię alfabetu, by na koniec, przez kilkanaście stron, poznawać podstawy kaligrafii. Charakterystyczne dla autora przenikanie płaszczyzn historycznych – prawie jak równoległych światów w najlepszej SF – pozwala wystąpić w komiksie Batoremu, Kochanowskiemu, średniowiecznym bakałarzom, przedwojennym uczniom z II b.
Od strony plastycznej nowy album Papcia Chmiela to po prostu malarstwo, czyste, barwne plamy, niezmienne od lat. Elementarz nie jest oczywiście dla szkół. Tytusa nie da się w nich czytać, bo ten rodzaj radosnej wolności, nie wygląda, żeby był zbyt potrzebny. Na pewno nie w nadmiarze. Taki zdrowy anarchizm dla wąskiej grupy. W każdym Domu Wesołych Nieudaczników.
Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”, s. 48, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

"Ósmy księżyc" (scenariusz - Paweł Chmielewski, rysunki - Tomasz Łukaszczyk)

"Projektor" - 4/2015


Piękna śmierć w obrazkach (Thomas Ott, „R.I.P. Best of 1985-2004”)

Paweł Mączewski
("Projektor" - 4/2015) 
Ten komiks jest o śmierci, całe jej tu mnóstwo. Jej ilustratorem jest Thomas Ott, pięćdziesięcioletni artysta z Zurychu, którego omawiany album „R.I.P. Best of 1985-2004” to kwintesencja umierania.
Zaczynając już pierwszą z 21 krótkich historii, poczułem się, jakbym zanurzał głowę w beczce ze smołą. Uczucie to potęguje charakterystyczny sposób ilustrowania kadrów, polegający na wydrapywaniu specjalnym nożykiem kresek, rys w warstwie czarnej farby – aż z jednolitego koloru wyłonią się poszczególne obrazy, zmieniające się w ciąg przyczynowo-skutkowych wydarzeń komiksu.
Ten czarno-biały świat jest pozbawiony jakichkolwiek dialogów. Bohaterowie w świecie Otta są niemi, to mimowie w jego teatrze grozy – gdzie czytelnik niczego nie może być pewnym, oprócz tragicznego finału. Tyle, że słowa nie są tu potrzebne, gdyż przekaz historii jest przejrzysty i klarowny, niepozbawiony przy tym nutki ironii i czarnego (a jakżeby inaczej) humoru.
Już pierwszy „epizod” zdradza ton wszystkich następnych – chodzi o swoisty koktajl nieprzewidywalności z nutką przypadkowości, jaki lubi serwować nam los. „Bohater” (tak nazywa się otwierająca album historia) pokazuje schemat bezsensowności naszych ludzkich, doczesnych starań. Autor mruga do nas, uśmiecha się w szyderczym grymasie, podsuwając konkluzję, że wszystkie nasze aspiracje i cele są na wyrost – to kredyt, który zaciągamy w czasie, chociaż nie wiemy, ile tak naprawdę nam go podarowano.
Jednocześnie, autor pokazując trywialność śmierci, która czaić się może za każdym rogiem, która atakuje, nawet, gdy poślizgniemy się na przysłowiowej skórce od banana – paradoksalnie odbiera tym śmierci cały majestat, budowany skrupulatnie od początku czasu. To sprawia, że trakcie lektury, kiedy wiemy, co czeka nas na następnej stronie – Otto oswaja nas z tym nieuniknionym, ponurym żniwiarzem z kosą. Przyzwyczaja nas do śmierci, która staje się niczym więcej, jak ostatnim przystankiem, na którym silnik zastyga, maszyna staje w miejscu i na zawsze gaśnie światło.
Jak sama nazwa wskazuje, jest to zbiór sztuki Thomasa Otta, który poprzez swój album, podarował śmierci najdłuższe ze żniw – trwające 19 lat. Czytając „R.I.P. Best of 1985-2004” można dojść do smutnej konstatacji, że świat jest zły, a potem umieramy. Tyle. Koniec. Nie ma taryfy ulgowej. Wszystko, co „przed” wydaje się wynaturzone, zdeprawowane, jakby podyktowane każdym z siedmiu grzechów głównych. Zaraz potem przychodzi jednak refleksja, że śledzimy jedynie losy bardzo określonych bohaterów, nacechowanych równie indywidualnymi cechami charakteru, który zaprowadziły ich do tego, a nie innego miejsca w życiu.
To natomiast daje promyk nadziei w postaci punktu odniesienia. Paradoksalnie śmierć przedstawionych bohaterów staje się symbolicznym drogowskazem, który pokazuje nam – czytelnikom – kierunek, którym mamy nie podążać. Bo nic w tym świecie nie jest ustalone z góry, oprócz faktu, że wszystko się kiedyś kończy. A śmierć jest cierpliwa, łaskawa jest. Śmierć nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… i zawsze jest z nami, nawet pod skórką od banana.
Thomas Ott, „R.I.P. Best of 1985-2004”, s. 192, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.

"Bad Bed" - scenariusz i rysunki Anna "Yanosik" Klimczak

"Projektor" - 4/2015
 

"Mechanik nie z tej ziemi" (scenariusz - Zygmunt "Zeke" Kowal, rysunki - Jerzy Ozga)

"Projektor" - 4/2016
 

Wiązki strzał nie złamiesz (Historia kieleckiego komiksu - fragmenty)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
- artykuł jest fragmentem książki "Trzech panów przy barze nie licząc Yorgiego. Opowieść o kieleckim komiksie"
Rozrysowując taktyczną mapę historii kieleckiego komiksu, ustawiam na niej siedem chorągiewek: Kostrzewski, Hipolit Wyżerka, Sierżant „Cień”, Umański, Ozga, konwent, „Quo vadis”.
W polskim komiksie jak w soczewce odbija się nasza fascynacja groteską. Najważniejszy w XX-wiecznej literaturze nurt – dramat absurdu – odnalazł w nim najwierniejszego sojusznika. Witkacy, Gombrowicz, Różewicz, Mrożek nie tworzą obrazkowych scenariuszy, oni uczą scenarzystów rzemiosła. Komiks w Kielcach jest może nawet bardziej surrealistyczno-groteskowy w tekście i rysunku, niż gdzie indziej, wyróżnia się swoją literackością, mnogością odwołań do kultury filmowej i fascynacją science fiction.

Koniec mdłego pejzażysty
Pięknie byłoby napisać – Wszystko zaczęło się w Kielcach! Choć może? Najpierw Franciszek Kostrzewski, urodzony koło Sandomierza, przez kilka lat był rezydentem gubernatora kieleckiego Tomasza Zielińskiego, uczył Józefa Szermentowskiego, malował pejzaże, chodził na przyjęcia i dość potwornie się nudził. Z wrodzoną złośliwością opisał ten okres w swoich pamiętnikach. Zaraz po wyjeździe z Kielc porzucił malarstwo i zajął się rysunkiem satyrycznym. W 1859 r. w czterech numerach „Tygodnika Ilustrowanego” opublikował pozytywistyczną i moralizatorską opowieść w 32 obrazach zatytułowaną „Historya Jedynaczka”. Nie istniała wtedy jeszcze terminologia, ale prace Kostrzewskiego to pierwszy polski komiks prasowy. Nostalgiczny i dość mdławy pejzażysta, w Kielcach przeobraża się w drapieżnego satyryka.

Terror w domu Hipolita
Od 1936 r. w poniedziałkowym wydaniu „Dzień Dobry Ziemi Kieleckiej” (lokalna mutacja popularnej popołudniówki „Dzień Dobry”) zaczęto drukować króciutkie, pięciokadrowe opowiastki o Profesorze Nimbusie i jego małym piesku. Niemy komiks francuskiego rysownika Andre Daixa (od 1934 r. na łamach „Le Journal”) został spolszczony cokolwiek nielegalnie. Pojęcia praw autorskich i licencji były wydawcom przedwojennej prasy raczej obce. Niedługo potem w „Dzień Dobry...” na niedzielę, mamy już całostronicowy komiks – „Rozkosze i przykrości Pana Wyżerki z rodziną”. Autor kreski na zawsze pozostanie NN. Teksty wymyślał Leopold Marschak, warszawski dziennikarz, znany z dość ciekawych memuarów „Byłem przy tym... wspomnienia 1914-1939”. Hipolit Wyżerko w każdym z odcinków zmagał się – niczym pan Hulot – ze złośliwością przedmiotów martwych – symbolami nowoczesności i luksusu: wirówką, kranem, gazową kuchnią. Nadto kolejne odsłony były katalogiem dość naiwnych, lecz zaskakująco sprytnych sposobów wymknięcia się Hipolita spod władzy żony, teściowej i córki, które skutecznie terroryzowały biednego Hipolita.

Kim jest trzeci człowiek?
W 1961 r. w „Słowie Ludu” wydrukowano pierwszy powojenny kielecki komiks, w zasadzie nawet nie komiks, a reklamę ułożoną w cykl kilkudziesięciu obrazków. Zbigniew Jujka dostał zlecenie przekonania obywateli do ubezpieczeń w PZU. Zrobił to w charakterystyczny dla siebie, dość surrealistyczny sposób, wrzucając w realia PRL-u Amerykanina. Była w tym głęboka logika – ostatecznie, kto lepiej nadawał się na bohatera komiksu? Dziś oryginalne egzemplarze komiksowej reklamy PZU to kolekcjonerski rarytas, podobnie jak pełny zestaw odcinków „Sierżanta Cienia”.
Derenda „Cień” to najdłuższy komiksowy serial w dziejach polskiej prasy powojennej. Między 1966 a 1969 r. w „Słowie Ludu” wydrukowano piętnaście serii o przygodach dzielnego partyzanta, potem funkcjonariusza służb ludowego państwa. Czytelnikom nie przeszkadzał propagandowy wydźwięk historii obrazkowej. Rozmowa z dzisiejszymi pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatkami to cykl wspomnień o weekendowym wydaniu, gdzie najważniejszy był pasek komiksu na ostatniej stronie. Kielecki dziennik działał na podobieństwo amerykańskiej prasy. Autorzy – podobno w obawie przed opinią lokalnego „establishmentu” literacko-dziennikarskiego – ukrywali się pod pseudonimami. Rysunki wszystkich serii wykonał Marian Gostyński (scenograf w Teatrze im. S. Żeromskiego), scenariusz pisał Zbigniew Nosal (przy pierwszej serii pomagał mu Tadeusz Wiącek), od połowy cyklu pojawił się „trzeci człowiek”, który w przeciwieństwie do klasycznej powieści Grahama Greena, nigdy nie został zidentyfikowany.

Czerwony śpiwór kapitana Kidda
W szóstym numerze „Relaxu” z maja 1977 r. podano wyniki konkursu „Rysuj i pisz do Relaxu – rysuj i pisz dla relaksu”. Wśród jurorów znalazł się m.in. Grzegorz Rosiński. Kilkadziesiąt prac o bardzo zróżnicowanym poziomie, a wśród nagrodzonych za rysunek spełniający warunki grafiki komiksowej (obok Andrzeja Wolskiego) znalazł się Marek Umański z Kielc z historyjką „Skarb kapitana Kidda”. Nagrodą był śpiwór. Podobno czerwony.
Umańskiego chwalono za dojrzałość rysunku, wyczucie komiksowej formy. Wraz z nagrodą padła propozycja współpracy z „Relaxem”. „Skarb kapitana Kidda” to czarno-biała opowiastka o piratach, rozrysowana w troszeczkę groteskowej oprawie. To, co niektórzy recenzenci – tej i kolejnej historyjki z dymkiem kielczanina – uważali za nieumiejętność oddania rysu ludzkiej twarzy było raczej skłonnością do deformacji. Plansze Umańskiego przypominają – fabularnie – zapomniany dziś prequel „Wyspy skarbów” czyli „Złoto z Porto Bello” A.D. Howdena Smitha czyli awanturniczą opowieść z kapitanem Flintem i ukrytym przez niego łupem.
Marek Umański opublikował jeszcze tylko jeden utwór. Pięć stron zatytułowanych „Rok 1454” w 22 numerze „Relaxu”. Rysował komiksowe instrukcje bhp, projektował wystawy sklepowe, uczestniczył w pierwszym konwencie, zmarł w połowie lat 90.

Zemsta ma smak popiołu
2 lutego 1991 r. I Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu – Dom Środowisk Twórczych, Kielce. Historia tego wydarzenia była już wielokrotnie prezentowana. Sam starałem się zebrać i uporządkować sprzeczne relacje. Pomysłodawca to Robert Łysak (postać, przygotowania i przebieg konwentu opisałem w „Zeszytach Komiksowych” nr 16). Współorganizatorem był Jerzy Ozga. Plakat i zaproszenia rysował Tomasz Łukaszczyk. Hasło – wiadomo z metaforycznej przypowieści zawartej w „Siedmiu samurajach” i wykorzystanej w tytule artykułu. Zatrzymam się na chwilę i skrótowo nad postacią Jerzego Ozgi. Rozpoznawalny styl, a zarazem odmienny rysunek, dostosowany do opowiadanej historii, jest paradoksalnie polistylistyczny i stylistycznie jednorodny i jak powtarza wciąż rysuje tylko samego siebie.
Po Umańskim nastała próżnia, a natura próżni nie znosi. Debiut Ozgi w numerze 4 z 1989 r. w magazynie „Fantastyka. Komiks” („Księga Miecza”) od razu zwrócił uwagę charakterystycznym sposobem kreacji świata przedstawionego i rozpoznawalnym czarno-białym rysunkiem. Postaci szkicowane są cienką, wielokroć powtarzaną kreską, która sprawia, że bryła, kształt twarzy, struktury budynków powstają z pajęczynek, nabierają głębi, którą inni twórcy osiągają dzięki plamie barwnej. To jedna z charakterystycznych cech jego rysunku.
„Księga miecza” jest historią mityczną, nawiązująca do struktury dawnych podań z kręgu celtycko-normańskiego. Opowieść o samotnym bohaterze, honorze i zemście z bardzo wyraźnym pierwiastkiem religijnym, w odniesieniu do tej realizacji (poprzez fabułę opowiedzianą i rysunek) zawierającą trawestacje „Hamleta”. Dopisek na końcu historii o czterech kadrach inspirowanych pracami Hala Fostera pokazuje kulturową ciągłość. Ten model, który zastosował Ozga w debiutanckim komiksie – za pośrednictwem wspomnianego Fostera – odwołuje się do sposobu obrazowania wypracowanego przez artystów manieryzmu, z Tintorettem – chociażby – na czele.
Czy w realizacji rodem z eposu o bardziej realistycznej czy groteskowej proweniencji Ozga pozostawia swych bohaterów w pustce. Wypełniło się, zemsta została dokonana, ale zwycięzców nie ma. Ten wisielczo-nostalgiczny klimat – powtórzony również w późniejszym „Ernie” – odróżnia go od twórców klasycznej, obrazkowej mitologii.

Sprzysiężenie sześciu

„Quo vadis”, wydany w 2001 r. przez Kolporpress to realizacja wyjątkowa z kilku powodów. Model zaangażowania wielu osób w tworzenie jednego komiksu nie jest w Polsce zbyt popularny. Wydawnictwo wierne pierwowzorowi powieściowemu, wydrukowano równolegle z premierą filmu Jerzego Kawalerowicza.
Wymieńmy wszystkich zaangażowanych w powstanie dwóch zeszytów: rysunek – Jerzy Ozga, obrazy na okładkach inspirowane malarstwem akademickim i powszechnie chwalone – Janusz Ordon, dokumentacja historyczna i artystyczna oparta m.in. na obrazach Szermentowskiego i Stachiewicza – Andrzej Rębosz, adaptacja (niestety nie wykorzystująca chociażby świetnie poprowadzonej sienkiewiczowskiej ekspozycji i uratowana przez genialny rysunek) – Jarosław Miarka, storyboard, kolor – Grzegorz Majcher i Jacek Rzodeczko. Kielecki „Quo vadis” to opowieść przywołująca „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona lub słynną śnieżną scenę pogrzebu Marka Aureliusza z filmu Anthony’ego Manna. Bohaterowie są zmęczeni, zmięci, pobrużdżeni. To nie jest świat młodych ludzi, to Rzym starców

Epilog
Historię mógłbym ciągnąć do sześćdziesiątej czwartej strony magazynu. Ciąg nazwisk: Sylwia Restecka, Janusz Ordon, Jakub Matys, Rafał Urbański, Norbert Rybarczyk, Artur Sadłos, Łukasz Okólski, Michał Ociesa – już mają swoje nagrody i publikacje. Po dwóch latach od retrospektywnych wystaw „Yes’t prawie ok I i II” (przygotowanych przez Stowarzyszenie Twórcze „Zenit”), subiektywnie wybieram trójkę najbardziej niedocenionych artystów komiksu związanych z Kielcami.
Robert Kolasa. Potrafi zamknąć historię w jednym czarno-białym kadrze. Bawi się kalkami, sloganami kultury masowej, uprawiając coś w rodzaju kulturowego recyklingu. Jego ulubionym bohaterem jest obcy – pocieszny, tromboidalny stworek, który odwiedzając Ziemię (najczęściej sielską prowincję) wikła się w ciąg zabawnych sytuacji Żywiołem tych rysunków jest również język (frazeologizmy, przysłowia) ukazujący absurd naszej codzienności i kosmicznego ładu.
Tomasz Łukaszczyk. Budujący kolorem przestrzeń i bryłę. Wciąż mam wrażenie, iż obok zbioru dzieł Lema i sześciopaku z filmami Lucasa, ma na biurku atlas entomologiczny. Jego kosmiczne statki, postaci ludzkie są ekspresjonistyczne, lecz przypominają również ogromne owady, hybrydy z planet odwiedzanych przez Ijona Tichy’ego. Odwołuje się do metafizycznego porządku. Te rysunki dopełniają, a czasem wręcz istnieją poza tekstem. Oto „Droga Krzyżowa” (2010) Łukaszczyka do liryki Adama Ochwanowskiego w popartowskim anturage’u, z czytelną proweniencją SF.
Zygmunt „Zeke” Kowal. Autor scenariusza do sześciu części komiksu „Salut bohaterom” (rysunki Jerzy Ozga) – dotychczas wydano tylko jeden zeszyt. Łączy w spójną opowieść pozornie sprzeczne rzeczywistości – amerykańskie mity kultury masowej – Gwiezdne Wojny, facetów w czerni z popularnymi mitami kultury PRL – kapitanami Klossem i Żbikiem. Mieszanka wybuchowa i przezabawny surrealizm.
I to by było na tyle. Chwilowo.