sobota, 23 lipca 2016

Piękna śmierć w obrazkach (Thomas Ott, „R.I.P. Best of 1985-2004”)

Paweł Mączewski
("Projektor" - 4/2015) 
Ten komiks jest o śmierci, całe jej tu mnóstwo. Jej ilustratorem jest Thomas Ott, pięćdziesięcioletni artysta z Zurychu, którego omawiany album „R.I.P. Best of 1985-2004” to kwintesencja umierania.
Zaczynając już pierwszą z 21 krótkich historii, poczułem się, jakbym zanurzał głowę w beczce ze smołą. Uczucie to potęguje charakterystyczny sposób ilustrowania kadrów, polegający na wydrapywaniu specjalnym nożykiem kresek, rys w warstwie czarnej farby – aż z jednolitego koloru wyłonią się poszczególne obrazy, zmieniające się w ciąg przyczynowo-skutkowych wydarzeń komiksu.
Ten czarno-biały świat jest pozbawiony jakichkolwiek dialogów. Bohaterowie w świecie Otta są niemi, to mimowie w jego teatrze grozy – gdzie czytelnik niczego nie może być pewnym, oprócz tragicznego finału. Tyle, że słowa nie są tu potrzebne, gdyż przekaz historii jest przejrzysty i klarowny, niepozbawiony przy tym nutki ironii i czarnego (a jakżeby inaczej) humoru.
Już pierwszy „epizod” zdradza ton wszystkich następnych – chodzi o swoisty koktajl nieprzewidywalności z nutką przypadkowości, jaki lubi serwować nam los. „Bohater” (tak nazywa się otwierająca album historia) pokazuje schemat bezsensowności naszych ludzkich, doczesnych starań. Autor mruga do nas, uśmiecha się w szyderczym grymasie, podsuwając konkluzję, że wszystkie nasze aspiracje i cele są na wyrost – to kredyt, który zaciągamy w czasie, chociaż nie wiemy, ile tak naprawdę nam go podarowano.
Jednocześnie, autor pokazując trywialność śmierci, która czaić się może za każdym rogiem, która atakuje, nawet, gdy poślizgniemy się na przysłowiowej skórce od banana – paradoksalnie odbiera tym śmierci cały majestat, budowany skrupulatnie od początku czasu. To sprawia, że trakcie lektury, kiedy wiemy, co czeka nas na następnej stronie – Otto oswaja nas z tym nieuniknionym, ponurym żniwiarzem z kosą. Przyzwyczaja nas do śmierci, która staje się niczym więcej, jak ostatnim przystankiem, na którym silnik zastyga, maszyna staje w miejscu i na zawsze gaśnie światło.
Jak sama nazwa wskazuje, jest to zbiór sztuki Thomasa Otta, który poprzez swój album, podarował śmierci najdłuższe ze żniw – trwające 19 lat. Czytając „R.I.P. Best of 1985-2004” można dojść do smutnej konstatacji, że świat jest zły, a potem umieramy. Tyle. Koniec. Nie ma taryfy ulgowej. Wszystko, co „przed” wydaje się wynaturzone, zdeprawowane, jakby podyktowane każdym z siedmiu grzechów głównych. Zaraz potem przychodzi jednak refleksja, że śledzimy jedynie losy bardzo określonych bohaterów, nacechowanych równie indywidualnymi cechami charakteru, który zaprowadziły ich do tego, a nie innego miejsca w życiu.
To natomiast daje promyk nadziei w postaci punktu odniesienia. Paradoksalnie śmierć przedstawionych bohaterów staje się symbolicznym drogowskazem, który pokazuje nam – czytelnikom – kierunek, którym mamy nie podążać. Bo nic w tym świecie nie jest ustalone z góry, oprócz faktu, że wszystko się kiedyś kończy. A śmierć jest cierpliwa, łaskawa jest. Śmierć nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… i zawsze jest z nami, nawet pod skórką od banana.
Thomas Ott, „R.I.P. Best of 1985-2004”, s. 192, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.