sobota, 23 lipca 2016

Czy Strudbrugg pamięta Klepsydrawa? („Azymut” Wilfrid Lupano - scenarzysta i Jean-Baptiste Andréae - rysownik)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Mam na półce „Księgę wynalazków, przemysłu i rzemiosła” z połowy dziewiętnastego stulecia z pięknie cyzelowanymi rycinami, stare wydanie „Podróży Guliwera”, książki Julesa Verne’a z genialnymi ilustracjami Daniela Mroza, tom esejów postmodernistycznych. To wszystko kieruje wyobraźnię ku komiksowej serii „Azymut” Wilfrida Lupano (scenarzysta) i Jeana-Baptiste’a Andréae (rysownik). 

Pierwsze trzy tomy cyklu to komiksy kompletne – inteligentne, wykorzystujące tropy i chwyty literackie, skonstruowane zgodnie z wyznacznikami współczesnej popkultury, mistrzowsko rozrysowane. Autorzy – to widać – bawią się formą i treścią, tworzą gotowy scenariusz (i storyboard) – nie tyle animacji – co serialu fabularnego. Krótkie epizody, stopniowo spajające fabułę, fragmentaryczne odsłonięcie prawdy i niejednoznacznych motywacji bohaterów, przerwanie akcji w najciekawszym momencie (a w przeciwieństwie do serialu na kolejny tom trzeba czekać dwa lata), to wszystko elementy filmowego rzemiosła. Scenarzysta stosuje często chwyty retoryczne – retardację i introspekcję, w narrację komiksową wplata elementy innych gatunków literackich – dziennika pokładowego, dokumentu (pseudo-)naukowego, bajki i przede wszystkim mitu, bo cała opowieść zbudowana jest na kulturowych archetypach. 

Zacznijmy od tytułów, które odbiorcę wciągają w swoistą grę – tom pierwszy „Poszukiwacze zaginionego czasu” odsyła zarówno do filmu Spielberga jak i opus magnum Marcela Prousta, drugi „Niech piękna zdycha” do trawestacja klasycznego dzieła Claude’a Chabrola „Niech bestia zdycha”, trzeci „Antropotamy Nihilu” wciąga w lingwistyczną zabawę neologizmami (nihil-izm, Nil – Nihil) o znaczeniu w pełni ujawnionym dopiero w zderzeniu z warstwą rysunkową zeszytu; akronimami, na których budowana jest tkanka językowa opowieści (wspaniale przetłumaczona przez Wojciecha Birka). Idziemy do wklejki – znajdują się na niej kolejne hasła z „Encyklopedii chronoskrzydłych”, fantastycznych stworzeń zaludniających wyimaginowany świat komiksu – owadów, ryb i ptaków chronoskrzydłych (z odgrywającymi ważną rolę Dawnotemu i Klepsydrawem). Narysowany w stylistyce szkiców Leonarda, lecz przede wszystkim leksykonów wiktoriańskich wprowadza nas w sam środek, oko cyklonu autorskiej inspiracji. 
Mit, wiktoriańska literatura, steampunk, Jules Verne i Jonathan Swift. W absurdalnie groteskowej formule, znanej z przygód Guliwera, pióra tego ostatniego. Do tego, podszyte raz groteskowy, raz subtelnym erotyzmem kultury Orientu. Zaczynamy tworzyć sobie obraz świata przedstawionego. Andréae cyzeluje biomechanikę zwierząt, elementy scenografii, dziwaczną maszynerią, lecz przede wszystkim delektuje się obrazowym, wysmakowanym modelem kobiecego ciała. Czasem jego rysunki tworzą prawie masochistyczny wizerunek seksualności (przywołujący skojarzenia z III Rzeszą), jak w scenach z totalitarnego państewka Tycistanu, gdzie malusieńcy żołnierze stoją na gigantycznych platformach w kształcie damskich nóg opiętych kabaretkami.
W krainach, gdzie nagle oszalała, a zasadzie zaczęła swobodnie krążyć geograficzna północ (głównie za sprawą miłosnych wariactw Bieguna Północy czyli królika sprowadzonego wprost z kart „Alicji…” Lewisa Carolla) zaczyna dojrzewać wojna. Trudno powiedzieć czy mitycznych siedmiu królestw (to nie George R.R. Martin jest wynalazcą tego konceptu), bo na razie poznaliśmy pięć. Ale nie to jest osnową historii. Jest nią odwieczne poszukiwanie – tu znów topos wędrowny – przez człowieka nieśmiertelności, symbolizowanej przez odnalezienie („rozbicie”) Banku Czasu.
Z wojny – poza paroma cokolwiek ekscentrycznymi władcami – cieszy się tylko Baron Smutek, prefiguracja Drakuli z powieści Brama Stokera. Żyjący na tajemniczej latającej wyspie, do której uciekinierzy docierają balonem. Ta jedna scena pokazuje jak spoił Lupano wiktorianizm (wampiryzm) z Vernem (awiacja) i Swiftem (wyspa Laputa, choć można też przywołać Bespinę Lando Calrissiana z „Gwiezdnych wojen”). 
Motyw tułaczki, wiecznej podróży i przygody pozwala autorom nakreślić galerię surrealistycznych postaci – głównej (jak na razie) postaci femme fatale Aiszy (Mani Ganzy, zołzy itd.), pechowego żeglarza hrabiego Le Perene’a, majora Orestesa Pikota, profesora „chronoskrzydlii” Arystydesa Brelokinta i malarza depresjonisty Eugeniusza. Nie trzeba dodawać, że każdy z nich, na przemian kocha i nienawidzi piękną Manię. Jako „pomocnicy” – zgodnie z kanoniczną wersją każdej bajki magicznej, sformułowaną przez Proppa – występują przemądrzałe, filozofujące, użyteczne w różnych zawodach dziwoczki, wykluwające się z jaj Klepsydrawa. Terry Pratchett – również jeden z patronów cyklu – nie powstydziłby się tej humorystycznej galerii.
Na koniec łyżka dziegciu – czwarty tom ukaże się w 2018 r. Wypada tylko jak nieśmiertelne antropotamy (znacznie sympatyczniejsze od cierpiących na wieczną demencję swiftowskich Struldbruggów), chronione przez plemię krwiożerczych wegetarian leniwie położyć się w wodzie i czekać.