sobota, 23 lipca 2016

Cytrynowy płaszcz Nerona (Sienkiewicz w polskim i światowym komiksie)

Paweł  Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Sienkiewicz – ten Homer drugiej kategorii, Dumas Ojciec pierwszej klasy pisał Gombrowicz w „Dziennikach” – wielbiony nie tylko w „pasie biblijnym” na południu USA i wśród miłośników „historycznej fantastyki” w Chinach, był admiratorem westernu i paperbacków. Potrafił – jak niewielu polskich pisarzy – swobodnie żonglować stylami, figurami, nurtami literackimi – tradycją walterscottowską, ukraińską powieścią poetycką, pamiętnikami Sarmatów. 
Stworzył nie tylko fenomen, ale i kręgosłup polskiej popkultury. Pisał doskonałe scenariusze, zanim powstały pierwsze filmy. Dziś byłby postmodernistą i producentem seriali lub twórcą komiksów.

Sprzysiężenie sześciu
Wyraziste kreacje, jednoznaczny rys psychologiczny postaci pozytywnych i umiejętność tworzenia „czarnych charakterów”, które stają się figurami fascynującymi, ulegającymi przemianie – często według określonego schematu, prawie jak u lorda Byrona – są atutem historii sienkiewiczowskich, doskonałym materiałem dla autorów adaptacji komiksowych i rysowników. W tym skróconym – z konieczności – opracowaniu, postaram się, dość szkicowo, pokazać kilkanaście, może kilkadziesiąt wersji „opowieści z dymkiem”, inspirowanych prozą autora „Krzyżaków”.
Zacznijmy od anegdoty: podobno Edward R. Murrow (dziennikarz znany z relacji z wyzwolenia Buchenwaldu, słynnego „Good night, and good luck” i uratowania Ameryki przed szaleństwem McCarthy’ego) określając kulturowe dziedzictwo większości stanów, stwierdził, że składają się na nie trzy książki stojące na każdej półce – Biblia, „Ben Hur” (1880) Lewisa Wallace’a i „Quo vadis” (1896) Henryka Sienkiewicza. Piętnaście lat temu powstał w Kielcach komiks, który jest – jak dotąd – najobszerniejszą obrazkową wersją prozy sienkiewiczowskiej. Stworzoną według amerykańskiego modelu – kilka osób pracowało nad tym samym projektem, komiks ukazał się (nakładem Kolporpress) równolegle z ekranizacją Jerzego Kawalerowicza, nie był pojedynczym albumem, ale edycją dwuzeszytową (tu już wkracza nowoczesna strategia ekonomiczna).
Autorem rysunków jest Jerzy Ozga (z charakterystycznym budowaniem konturu i mimiki postaci wielokrotną siatką kresek), okładki, inspirowane malarstwem akademickim wykonał Janusz Ordon, dokumentacja historyczna i artystyczna oparta m.in. na obrazach Szermentowskiego i Stachiewicza – Andrzej Rębosz, adaptacja powieści (mnie najbardziej szkoda świetnie poprowadzonej, w formie epistolarnej, sienkiewiczowskiej ekspozycji) – Jarosław Miarka, storyboard, kolor – Grzegorz Majcher i Jacek Rzodeczko.
Już początek na Forum Romanum, dzięki rysunkowi Ozgi, to opowieść przywołująca „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona lub słynną śnieżną scenę pogrzebu Marka Aureliusza z filmu Anthony’ego Manna. Bohaterowie są pobrużdżeni, zmęczeni, zmięci. To nie jest świat młodych legionistów i patrycjuszy, to Rzym przedwcześnie podstarzałych młodzieńców. Mamy tu ciemność, szarość, zmianę barwy w zależności od pory dnia – wystarczy przywołać scenę wschodu słońca na tarasie w willi Nerona, gdy kolejne kadry odtwarzają nam gwałtowne metamorfozy i wysycenie kolorów o poranku. Kreska oddaje klimat powieści Sienkiewicza, lecz ważny jest ten drobny detal, trochę groteskowy, dodany przez rysownika jako rodzaj obrazkowego podpisu. To, chociażby w pierwszych scenach, ręka Winicjusza na temblaku. Nieobecna w książce, ale przydająca indywidualizmu opowieści.
Różnicowanie i zindywidualizowanie historii dostrzegalne jest w kreacjach postaci. Ursus to stary, siwowłosy wojownik, jakiego nie było w żadnej wersji „Quo vadis” (pomijając jeden kadr z adaptacji hiszpańskiej, gdzie rysownikowi mieszały się kolory i z jasnowłosego opiekuna Ligii nagle zrobił srebrnowłosego). W całym komiksie dwie osoby kradną show. To Chilon Chilonides i cezar Neron. Nawet nie Petroniusz, który wyrasta w pierwowzorze powieściowym ponad głowy tłumu. Oto właśnie siła obrazu. Kielecki „Quo vadis” sprzedał się w nakładzie (?), tu opinie są sprzeczne – od kilkunastu do ponad pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Czasem można go kupić w znośnej cenie na aukcjach allegro. Doczekał się też pirackiej wersji wydrukowanej na Słowacji.
Szóstka lubi Sienkiewicza. W steampunkowej, zabawnej, mistyfikacyjnej wersji „Nowych przygód Stasia i Nel” wraz z albumem „Pierwsza brygada” (2005-2007) występuje szóstka bohaterów: Józef Piłsudski, Staś Tarkowski, Kali, Andrzej Korczyński, Jerzy Bohatyrowicz i Stanisław Wokulski. Ten superzespół (stworzony przez Tobiasza Piątkowskiego, Rafała Bąkowicza, Krzysztofa Janicza i Krzysztofa Wyrzykowskiego) pojawił się na łamach wystylizowanego na początek ubiegłego wieku czasopisma „Piechur” (fikcyjnego), autorem scenariusza miał być sam Henryk Sienkiewicz, rysunków Kamil Mackiewicz (postać autentyczna, twórca gazetowych pasków „Ogniem i mieczem czyli przygody szalonego Grzesia” z 1918 r., drukowanych w „Szczutku”), dodano posłowie Adama Ruska (znawcy, krytyka i monografisty polskiego komiksu prasowego), a postaci umieszczono w odnowionych kontekstach, prowadząc nie tylko dekonstrukcję polskiej klasyki pozytywistycznej, ale i czerpiąc z pomysłów Allana Moore’a.

..jak ukraść komuś krowę...
Jedną z najbardziej zaskakujących figur sienkiewiczowskiego uniwersum – w adaptacjach komiksowych – jest Kali. We wspomnianych „Nowych przygodach…” nosi dredy. Hiszpan Jose Grau (o nim trochę później) ubrał 
go w czerwoną galabiję i czapeczkę, które upodobniają go raczej do drobnego kupca sprzedanego za długi. U Czechów jest najpierw zabiedzonym i autentycznie wdzięcznym Stasiowi poddanym, by potem, trochę obok intencji pisarza, wejść w rolę Shaki Zulu.

Jest w tym gronie realizacja kuriozalna. Niestety polska. To „W pustyni i w puszczy” z 1990 r. (adaptacja Jacek Dąbała, rysunki Tomasz Wilczkiewicz). Wprawdzie poprzedzono ją entuzjastycznym wstępem prof. Lecha Ludorowskiego (wydawca „Studiów sienkiewiczowskich”), w którym wspomniano m.in. brazylijską historię obrazkową o przypadkach Stasia i Nel, przygotowaną w 1955 r. przez Józefa Górala z rysunkami Filipa Dachowskiego dla polskiej młodzieży w Kurytybie, ale ten tekst niczego nie ratuje. Na rysunkach Wilczkiewicza Kali cierpi na notoryczny wytrzeszcz, a niestaranność „maziania”, aż narzuca pytanie, gdzie autor się tak spieszył. Wiele kadrów jest najzwyczajniej brzydkich, przedmioty i szczegóły giną w trakcie opowieści. I ten wytrzeszcz. Niestety nie tylko Kalego. Nie wiem dlaczego Staś wygląda jak motyl Emanuel z czeskiej dobranocki. Z profilu. Sam komiks zmiażdżył zresztą i posypał solą – jak Rzymianie Kartaginę – Wojciech Birek w swoim artykule o ilustracjach i komiksach polskich na podstawie „W pustyni i w puszczy”.
11 lat po Dąbale i Wilczkiewiczu przygodami Stasia i Nel zainteresowali się scenarzysta Rafał Skarżycki i rysownik Wiesław Dojlidko. Komiks ukazał się niedługo po adaptacji powieści (drugiej w historii polskiego kina) dokonanej przez Gavina Hooda. W odróżnieniu od poprzedników, ten tom, jest malarski, dopracowany, dominuje zmienność i płynność kadrów, obraz opowiada wymiennie z tekstem i sugeruje zmiany miejsca oraz czasu akcji. Odbiór komiksu był niejednoznaczny, warsztat i umiejętność budowania szczegółu (maszyny, architektura, etnograficzne realia) Dojlidki wzbudzała podziw, ale sugerowano również brak doświadczenia w budowaniu narracji komiksowego obrazu. W porównaniu do Dąbały i Wilczkiewicza to był jednak skok jakościowy.

Ameryka i Kozacy
Młody Henryk Sienkiewicz jest bohaterem jednej z pięciu części cyklu „Polscy podróżnicy” (obok m.in. Ignacego Domeyki i Sygurda Wiśniowskiego) z 1988 r. Tekst, oparty w znacznym stopniu na „Listach z podróży do Ameryki” napisał Stefan Weinfeld, rysunki są autorstwa ucznia Grzegorza Rosińskiego – Marka Szyszko. Graficznie zeszyt prezentuje się bardzo ładnie, dla zorientowanych w twórczości Sienkiewicza interesujące są motywy i historie, przetworzone następnie i wplecione w tkankę fabularną opowiadań amerykańskich. Choć oczywiście historię latarnika Sielawy (zmieniając mu lekturę Kaczkowskiego na Mickiewicza) czy spotkania Indian w rezerwacie, pisarz umiejętnie ubarwił. Fatalna jakość papieru sprawia, że kolory wydawnictwa po niespełna trzydziestu latach zblakły, a za kilkanaście staną się pewnie bure i nieczytelne.
Pod koniec 1989 i w 1990 r. niewielkie (formatem) czasopismo „AS. Rozrywki umysłowe dla dzieci”, między krzyżówkami, szaradami i palindromami drukuje „Krzyżaków” z rysunkami Marka Rożka (zaś teksty zostały „wyciągnięte” z pierwowzoru). Patrząc na wizerunki bohaterów – pomimo strojów z epoki – nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że czytam coś w rodzaju „Star Treka”. To chyba przez ilustratorską manierę autora, którego postaci są napompowane i mają zaledwie dwa, dość toporne, kroje twarzy – kwadratowy i przypominający gruszkowatego androida.
W 2008 r. komiksową adaptację „Ogniem i mieczem” w poetyce murali zaczyna tworzyć Rafał Roskowiński. Maniera dość zrozumiała, artysta jest znany z dokonań w obszarze street artu. Komiksu, ładnego graficznie – przede wszystkim ze względu na kolorystykę – nigdy nie dokończył. Pierwszy zeszyt można zamawiać na stronie internetowej autora. Ekranizacja Jerzego Hoffmana zasypała rynek próbami (zrealizowanymi, a częściej zawieszonymi w fazie projektu i pojedynczych plansz) „Ogniem i mieczem”. Nie wiem dlaczego, ale cokolwiek zduszony klimat adaptacji filmowej, udzielał się twórcom komiksu i nie powstał żaden zeszyt, w którym czułoby się oddech i prawdziwą przestrzeń Dzikich Pól. Tom według scenariusza Pawła Woldana z rysunkami Janusza Glanc-Szymańskiego (wyd. 1999) jest mocno średni i dość mocno kiczowaty, a sprowadza się do… niby odtworzenia… storyboardów filmowych, bohaterowie mają zaś twarze znanych aktorów (nie w każdym kadrze rozpoznawalne), skróty fabularne utrudniają zrozumienie treści. Mowa tu oczywiście o czytelniku nie znającym tekstu źródłowego. Trochę inaczej, bo bardziej samodzielnie, potraktowali temat Piotr (scenariusz) i Andrzej (rysunki) Kacprzakowie. Postaci w ich komiksie (wyd. 1999) już nie przypominają filmowych pierwowzorów, a historia jest prowadzona dość ślamazarnie. Strony to raczej nie intencjonalny rozkład komiksowych kadrów, ale najczęściej całostronicowych ilustracji. 
Nie powstał 200-stronicowy zeszyt Wojciecha Birka, którego rysownikami mieli zostać Tomasz Piorunowski (autor storyboardu do hoffmanowskiego „Ogniem i mieczem”) oraz Tomasz Tomaszewski. Mimo próbnych plansz wydawnictwo Egmont wycofało się z przedsięwzięcia. Zbierający informacje z całego rynku komiksowego magazyn „Aqq” (1/99) podał, że powodem był skandalicznie krótki termin jaki zostawiono autorom na realizację.

...og sværd
Najprawdopodobniej – poza granicami Polski – pierwszy po książki Sienkiewicza jako tworzywo dla opowieści obrazkowej sięgnął „ojciec chrzestny” chorwackiego komiksu Andrij Maurovič (1901-1981). Trudno powiedzieć czy „Ogniem i mieczem” poznał jeszcze w dzieciństwie w Krakowie (gdzie przez parę lat przebywał z rodzicami) czy już w szkole w Zagrzebiu.
16 listopada 1935 r. w czasopiśmie „Oko” zaczynają ukazywać się czarno-białe paski komiksowe Mauroviča zatytułowane „Ognjem i mačem”. Do 29 sierpnia 1936 r. wydrukowano kilkadziesiąt odcinków. W 2008 r. wznowiono je w albumie „Stripovi iż Oka” oraz niezależnie w książce zawierającej jeszcze inny komiks chorwackiego artysty – „Zlatovo i zlato”.
Egzotyka pierwszej części „Trylogii”, plastyczność opisu, filmowość scen, to gotowy scenariusz historii obrazkowej. Światową karierę robi adaptacja „Ogniem i mieczem” amerykańskiego rysownika George’a Woodbridge’a (1930-2004) przygotowana w 1958 r. jako 146 zeszyt w serii „Classics Illustrated”, w której znalazły się wcześniej m.in. „Rob Roy”, „Moby Dick”, „Ostatni Mohikanin”.
W pierwszej dwubarwnej wersji zatytułowanej „With Fire and Sword” sienkiewiczowska akcja została zredukowana tylko do wojny polsko-kozackiej, a w zasadzie oblężenia Zbaraża zajmującego połowę zeszytu. Nie ma Heleny Kurcewiczówny, nie ma więc wątku romansu i porwania. Skrzetuski wyglądem przypomina raczej szalonego ruskiego bojara niż polskiego szlachcica. Pomimo sprawnej kreski, polskiego czytelnika mogą rozbawić niektóre rozwiązania. Zagłoba jest łysy, chudy (tylko z hipisowskimi włosami z tyłu czaszki) i jako jedyny nie nosi wąsów, Wołodyjowski to natomiast potężny wojownik w zbroi. Szlachta nie nosi strojów sarmackich tylko przypomina niemieckich rajtarów i walczy... rapierami. Kozacy, uzbrojeni w szable nie różnią się wcale od Tatarów. Zabawną postać tworzy opasły, jowialny, obwieszony łańcuchami Tuhaj-Bej.
Te urocze pomyłki nie są niczym nowym. We włoskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” husarze mieli wszakże malutkie piórka przytwierdzone do hełmów, zaś jeszcze w 2008 r. brytyjskie wydanie „Bez dogmatu” zdobił na okładce konny portret jeźdźca z XVII w., gdy przecież spowiedź dekadenta Płoszowskiego rozgrywa się u schyłku dziewiętnastego stulecia.
Komiks Woodbridge’a cieszył się bardzo dużą popularnością. Ukazują się np. wersja duńska „Med ild og sværd” (1974), grecka edycja „Δία Πγροε καί Σίαηρογ” (1971). Czarno-biały rysunek pokolorowano w nich zgodnie z obowiązującym w komiksie amerykańskim kanonem barw. Po kilku latach Grecy wydali nawet cover zeszytu ze zmienioną okładką (większość narodowych wersji korzystała z amerykańskiego pierwowzoru – konny pojedynek Skrzetuskiego na białym koniu z rycerzem w zbroi dosiadającym czarnego rumaka) i „podkręconą” kolorystyką. Drugą wersję zdobi widowiskowy kadr z głównym bohaterem powieści w błękitnym stroju dworzanina Wazów przecinającym (mieczykiem!) jednego z atakujących Kozaków.
Podwójną okładkę miały również wydania w języku niderlandzkim. Pierwsza „Te Vuuren le Zwaard” (1974) nawiązywała do rozwiązania Woodbridge’a, druga z 1975 r. za kanwę wzięła francuski zeszyt „Par le Fer et le Feu” (1974) też bazujący na komiksie zza oceanu. Tutaj znalazł się szarżujący i wrzeszczący polski rycerz, który w swym pędzie pozostawia za plecami przerażonego półnagiego żołnierza w tureckiej czapeczce, przykrytego baranicą. Wszystkie zeszyty (francuski, niderlandzki, również flamandzka mutacja) wyszły w serii „Les Classiques Ilustres” jako numer jedenasty.

Maspan ninyo, ang aking bagong roma!
W 1953 r. MGM rozkręca kampanię promocyjną filmu „Quo vadis” w reżyserii Mervyna Le Roya, znanego chociażby dzięki jednemu z pierwszych filmów noir „Mały Cezar”. Z promocją na Filipinach – pozostających wtedy de facto protektoratem USA – wiąże się zamówienie na komiks. Rysuje go Nestor Redondo (1928-1995) na podstawie dialogów Cladualdo del Mundo (1911-1977).
Powstaje szesnaście plansz, które wprawdzie nie odpowiadają zamówieniu MGM, ale młody Filipińczyk otrzymuje propozycję pracy w Hollywood jako rysownik scenografii i storyboardów. Początkowo odmawia, w Stanach Zjednoczonych pojawi się dopiero za kilka lat. Zostanie jednym z najbardziej wziętych grafików DC Comics i Marvela kreśląc m.in. postaci Supermana i Flasha Gordona.
Z oryginalnej pracy Redondo ocalało tylko osiem plansz. To kluczowe sceny – walka Ursusa z bykiem, pożar Rzymu, koncert cesarza Nerona. Stworzone w czerni i bieli są tak gęste, że bliżej im do dawnych drzeworytów niż współczesnego, pośpiesznego i konturowego rysunku komiksowego. Autor zachwyca przede wszystkim precyzją szczegółu i portretowaniem osób dramatu. W tym przypadku umowa z MGM wymusiła skojarzenie komiksu z filmem. Winicjusz ma twarz Roberta Tylora, Ligia – Deborah Kerr, a Peter Ustinow jako Neron wypowiada przed samobójczą śmiercią słynne zdanie „Jakiż artysta wraz ze mną ginie!”. Niesamowicie brzmi to w języku tagalog: „Ito ang wakas ng damdaming artistang nasa akin!”. Plansze narysowane przez Redondo są kolorowane przez jego fanów, ale odbiera im to cały urok. Mimo dobrych chęci, fani postępują jak stacja Teda Turnera z czarno-białymi filmami z Bogartem. 
„Quo vadis” to taki kanoniczny tekst opowiadający o pierwszych chrześcijanach w rzymskich realiach. Paradoksem powieści Sienkiewicza – jednego z największych bestsellerów w dziejach literatury – jest fakt, że podobnie jak w „Ben Hurze” i „Ostatnich dniach Pompei” świat antyczny jest fascynujący, zaś chrześcijański dramaturgicznie mdły. Ten paradoks widać także w komiksie. Autorzy redukują lub zgrabnie omijają ogromne partie tekstu i koncentrują się na najbardziej widowiskowych scenach – ucztach u Nerona, walkach gladiatorów. Scena ich pojedynku znalazła się na okładce „Quo vadis” (1974) wydrukowanego przez katalońskie wydawnictwo Bruguera (później ukazały się tłumaczenia na inne języki z niderlandzkim na czele).
Przekładu na język obrazu dokonał Juan Martinez Osete (1921-2000), znany raczej z humorystycznych historyjek z Tito Sandungo i Paco Bruto. Rysunek – zwłaszcza w scenach zbiorowych – jest często dość szkicowy, sprawia wrażenie robionego w pośpiechu. Autor adaptacji Alberto Cuevas (?-1967) nie pomija i nie myli wątków. Ten komiks Osete wydaje się nam dziś ładnie archaiczny, nawet kolorystyka upodabniająca go do najwcześniejszych Supermanów ma swój urok. Widać rzecz jasna techniczne różnice z realizacją Redondo, ze zdecydowanym wskazaniem na Filipińczyka. Najlepiej wychodzą Osete sceny uczt, gdy z lubością maluje sylwetki opasłych i znudzonych rzymskich patrycjuszy. Niektórzy występują w modnych blond perukach! Uczty u Osete to orgia cytrynowych barw. Nawet pożar Rzymu ma kolor nadmorskiego piasku. W finale zamiast samobójstwa Nerona mamy kadr z cesarzem zasieczonym przez zbuntowaną gwardię. Oczywiście w pancerzach koloru słonecznika. 
„Quo vadis” przerabiany na operę, serial telewizyjny, sześciokrotnie ekranizowany musiał mieć również kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt wersji komiksowych. Wystarczy jeszcze wspomnieć kilka. W 1997 r. w węgierskim magazynie „Füles” wydrukowano wersję Mihaly Vassa (ur. 1963), lepiej znanego z „Draculi”, wykonanego w stylu modernistycznych obrazów Klimta. 
W 2010 r. Carlos Alberto Fernandez Urbano, używający pseudonimu Cafu przygotowywał dla francuskiej oficyny Glenat komiks według adaptacji Patrica Buendii, który po paru miesiącach wydano w języku niemiecki. Ten „Quo vadis” to znak naszych czasów. Okładka w stylu mangi z liliową draperią, a rysunki wewnątrz, bryły formujące postaci przypominają raczej gry komputerowe niż klasyczny rysunek. Nawet kolorystyka w burych sosach kieruje nasze wyobrażenia w stronę pecetowych strzelanek.

Buď zdrãv, Caesare!
Bliższa malarstwu niż grafice jest czeska wersja bestsellera Sienkiewicza wydana w 1991 r. Akwarele Lubomira Hlavsy (uczeń Karela Saudka) są dekoracyjne, w pastelowych barwach. Trudno dociekać jakie były wskazówki scenarzysty – Petra Vaňka – ale Poppea i Ligia są jak rodzone siostry, ukochana Marka Winicjusza ma cechy rodowitej mieszkanki południa Europy. Komiczny szczegół – w domu Pomponii na ścianie wisi krzyż. Bardzo oficjalnie, choć za Nerona chrześcijanie dyskretnie kreślili znak ryby.
Czeski „Quo vadis” nie wzbudzał entuzjazmu polskich recenzentów. W jednym z numerów „AQQ” (od końca lat 90. do początków naszego wieku najważniejszy magazyn komiksowy nad Wisłą) z jesieni 2001 r. przyznawano, że niektóre postaci są dość udane, dialogów jest za mało, zaś akcja toczy się głównie we wnętrzach.

Ai-no otte-wonogarete

Teraz kompletna ciekawostka. Historię Ligii, Marka, Petroniusza, Nerona odnajdujemy w bardzo egzotycznych dla nas krajach i językach. Koichi Kuyama w artykule „Quo vadis w Japonii” podaje, że powieść Sienkiewicza stała się kanwą dla trzytomowego komiksu Marito Ai „Kuovadisu”. Wydany w 1982 r. przez Joshi Pauro-kai (zakon św. Pawła) składa się z zeszytów: „Ai-no otte-wonogarete” („W ucieczce przed prześladowcami miłości”), „Moesakaruhonoo-no nakao” („W rozdmuchanych płomieniach”) i „Ai-to megumi-no shori-he” („Ku zwycięstwu miłości i łaski”).
Autor tej ciekawej informacji relacjonuje dalej, że jego zdaniem tytuł zaproponowany przez polskiego pisarza stał się tak nośny, że jest inspiracją dla twórców gier komputerowych, animacji i komiksów dla dorosłych. Tu jako przykład podaje wydawnictwo Naizou Kudary „Quo vadis. Kakusei”. Odnajdując zeszyt w sieci trudno zgodzić się z Kuyamą. „Kakusei” („Przebudzenie”) to komiks erotyczny z autorem „Trylogii” – poza użyciem łacińskiej frazy – nie mający wiele wspólnego.

Los caballeros
Holendrzy bardzo polubili Sienkiewicza. Po drugiej edycji komiksowego„Ogniem i mieczem” wypuścili na rynek „De Teutoonse ruiters” czyli „Krzyżaków”. To przedruk hiszpańskojęzycznego zeszytu wydanego w 1979 r. przez Editoral Bruguera, oficynę posiadającą oddziały w Barcelonie, Caracas, Bogocie, Mexico City i Buenos Aires. „Los caballeros teutones” to 63 tomik w serii “Joyas Literarias Juveniles”. Adaptacji książki Sienkiewicza dokonał Andreu Martin Farrero (ur. 1949), zaś autorem rysunków jest Juan Jose Ubeda Fuentes (1925-1992), który w latach 1965-1975. stworzył sześć zeszytów dla barcelońskiego wydawnictwa. „Los caballeros teutones” jest najbardziej udaną jego realizacją.
Piękna i barwna historia – oto czym jest komiks Fuentesa. W kolorystycznej szarży wyeliminował czarno-biały strój krzyżacki na rzecz szafirowych, karmazynowych, turkusowych koszul z (najczęściej) żółtym krzyżem. Przyzwyczajonym do filmowej wersji Aleksandra Forda Polakom trudno będzie zaakceptować Maćka z Bogdańca, wielkiego jak góra, paradującego w zielono-cytrynowej plerezie. 
Pierwowzór literacki został potraktowany dość swobodnie. Jest wprawdzie pierwsza scena w karczmie i śluby składane przez Zbyszka przed Danusią, jest atak na krzyżackiego posła, scena przed katowskim pieńkiem, gdy pada słynne „Mój ci on”, ale już dalej nie jest całkiem po sienkiewiczowsku. Maćko zostaje raniony strzałą, zaś Zbyszko odchodzi kroków parę i mieczem siecze niedźwiedzia. O Jagnie, ani słowa. Potem scenarzyście jakby się znudziło. Kondensuje opowieść do granic możliwości. Danusia zostaje porwana. Kadru jednak nie ma o podróży Juranda do Szczytna, jego upokorzeniu i szalonej walce. Są krótkie poszukiwania i atak na zamek. Uwolniona Danusia pada w ramiona Zbyszka. Zamiast grunwaldzkiej viktorii mamy Maćka wznoszącego – niczym Oberix – toast zdobycznym, germańskim winem.

Nem erheti bantalom!
Wierni literackiemu pierwowzorowi są natomiast „Krzyżacy” po węgiersku czyli „Kereszteslovagok” (1990) według translacji Ferenca Kissa stworzeni przez Atillę Fazekasa (ur. 1948), jednego z najlepszych rysowników znad Dunaju (również autora komiksu według „Faraona” Prusa). Kreska Fazekasa (czarno-biała) znacznie przewyższa realizację Fuentesa. Węgier nie silił się na tworzenie własnych postaci, lecz skorzystał w wielu kreacjach z modelu fordowskiego. Zbyszko ma więc twarz Kalenika, de Löwe – Henryka Borowskiego.
Fazekas prowadzi akcję linearnie, nie opuszcza żadnego z istotnych epizodów. Nie jest rysownikiem ciasno zamkniętym w obrębie kadru, łamie jego ramy, wpisuje, lubi i potrafi narysować kilkoma kreskami zbliżenie twarzy. To co najlepiej wychodzi Fazekasowi to dynamiczne sceny batalistyczne. Najlepszą ich realizacją są sceny grunwaldzkiej bitwy. Strona dzielona na trzy podłużne kadry symuluje doskonale szarżę krzyżackiej jazdy. 
Trudno powiedzieć jak wyglądaliby węgierscy „Krzyżacy” w wersji kolorowej. Być może ta oszczędność i hermetyczność języka Madziarów nie utorowały sienkiewiczowskiej adaptacji drogi na zachodnie rynki. Sam Fazekas jest tam jednak ceniony jako ilustrator cyklu „Star Wars”.

Hommes, femmes, enfants!...Les pretres aussi!
Tak brzmi okrzyk wydany przez jeźdźca w hełmie ze złotymi skrzydłami, owiniętego białym płaszczem z czarnym krzyżem, który galopuje na czele jazdy tratującej palisadę, przerażone dzieci, płaczące kobiety. To kadr z „Le premier cercle de l’enfer”, francuskiego komiksu wydanego w 2004 r. przez Les Editions Hors Collection. Rysunki – Bernard Capo, scenariusz (na motywach „Krzyżaków”) – Rodolphe.
Ładny – kolorowy, wymuskany, na kredowym papierze – zeszyt to drugi tom. Trzy lata wcześniej powstał „Dans l’ombre des forêts noires” przełożony rok później na język polski pod tytułem „W cieniu czarnych kniei”. Kontynuacja zapowiadana jako „Pierwszy krąg piekieł” nigdy nie ukazała się na naszym rynku.
Scenarzysta zastosował dość nietypowy – jak na komiksy czerpiące z prozy Sienkiewicza – zabieg narracyjny, uczynił opowiadaczem sługę Maćka i Zbyszka z Bogdańca – Antoniego. Ten niedoszły mnich jest tchórzliwy, zabobonny, ale ma jedną zaletę – potrafi pisać i opowiadać. Dzięki temu zabiegowi (narracji z offu) udało się skondensować akcję i będąc zasadniczo wiernym Sienkiewiczowi nie zgubić niektórych wątków. Oczywiście, zgodnie ze współczesnymi regułami gatunku, musiały pojawić się pewne elementy cudowności i grozy (sceny przejazdu przez las) i odstępstwa od literackiego pierwowzoru, gdy autorzy rezygnują chociażby ze słynnej kwestii Danusi „Mój ci on”. Porównanie z „Krzyżakami” hiszpańskimi wypada na korzyść Rodolphe’a i Capo, graficznie jest jednak gorzej niż u Fazekasa. Razić może język – to dość przedziwna zbitka archaicznej stylizacji z frazeologizmami spotykanymi we współczesnej polszczyźnie. Największy minus francuskiej adaptacji.

Pousti a pralezem
Oficyna Bruguera w serii literatury światowej dla młodzieży przygotowała oczywiście „W pustyni i w puszczy”. Dzięki zeszytowi numer 22 czyli „A traves del desierto” (1975) Sienkiewicz stał się jednym z najczęściej przerabianych na komiks klasyków na obszarze Półwyspu Iberyjskiego i jego byłych kolonii. Przegrywał tylko z Juliuszem Vernem i Aleksandrem Dumasem. Autorem rysunków do przygód Stasia i Nel został Jose Grau (1914-1998) znany bardziej jako twórca cyklu o kobietach wojowniczkach.
Stylistyka i barwy są bardzo zbliżone do „Los caballeros...” co odpowiada modelowi przyjętemu przez wydawnictwo w „Joyas Literarias Juveniles”. Grau wprowadził kilka innowacji – opowieść o Fatmie rozgrywa się jako retrospekcja, jest zatem pozbawiona barw. Zmienia również tony w scenie burzy piaskowej czy nocnej. Fabuła jest powiązana z pierwowzorem literackim, nie mamy tu przekłamań na miarę późniejszych „kawalerów” (to pewnie zasługa autora adaptacji Armona Lazaro). Wyeliminowane zostało natomiast dość istotne pęknięcie psychologiczne w postaci Stasia Tarkowskiego. Zabijając lwa pozwala odjechać porywaczom, nie strzela do nich. To złagodzenie wymowy związane było – jak sądzę – z docelowym adresatem komisowej serii.
Scena z lwem lub też raczej humanitarne jej rozwiązanie pozwalające Gebhrowi odjechać, zaś Stasiowi pozostać nieskalanym bohaterem zostaje powtórzona w czeskim zeszycie „Pousti a pralesem” (1990) – tekst Maria Rihova-Pavlikova, rysunki Olga Tesarowa. Zatrzymajmy się na chwilę przy kresce, kresce jak na komiks dziecięcy nietypowej. Obrysy przedmiotów i postaci wykonane czarnym tuszem, pozornie niedbale, wypełnione zostają plamami farb wodnych w zgaszonej tonacji. Wszystko sprawia wrażenie kreślonych od niechcenia, może trochę jak akwarelki Mai Berezowskiej. 
Zeszyt nosi złudny tytuł, bo pustyni jest tu niewiele, zaledwie dwie karty – od porwania do spotkania z Mahdim i w finale książki. Rozbudowana jest natomiast sekwencja w puszczy. Uwolnienie Kinga, pobyt w wiosce Kalego, wreszcie powrót i trochę piekielne, krwiste sceny, gdy bohaterowie umierają prawie z pragnienia. Komiks dwóch Czeszek to raczej eksperyment artystyczny niż solidne, zawieszone w amerykańskich wzorcach rzemiosło, które poznaliśmy w hiszpańskich realizacjach.
Dla porządku wspomnę jeszcze o kilku adaptacjach największego sienkiewiczowskiego hitu. O wydaniach „Quo vadis” z 1985 r. we francuskim magazynie „King”; włoskiej, utopionej w zielonościach i czerwieniach adaptacji Rodolfo Tortiego w gazecie „Gornalino”, czy kładącej nacisk na postaci chrześcijan i łagodzącej elementy okrucieństwa we francuskim czasopiśmie katolickim dla dziewcząt „Bernadette” (1951).
Doliczyłem się pięćdziesięciu siedmiu adaptacji. W naszej komiksowej kulturze post- postów, możemy powiedzieć o Sienkiewiczu: ten Bob Kane!, ten Stan Lee pierwszej klasy!